2009-05-07

Poezja – Dzisiaj – Nigdy

Mówi się, żeby nie wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Ale jeśli koryto szersze, w woda nie niesie już brudów, to czemu nie? Dlatego odwiedziłem kolegów ze Związku Literatów Polskich (dokładnie tych, których nie obrzucałem obelgami we wpisie kilka miesięcy temu). Okazja była, by pogadać, przypomnieć stare dzieje. I zacząć od nowa. Okazało się, że periodyk "Poezja Dzisiaj" chce nam dać we władanie sto (może mniej, może więcej, nie pomnę) stron. Świetny pomysł, by się zaprezentować, nawet w grupie, w grupie zawsze raźniej. No, tylko że po kilku dniach okazało się, że żeby móc ogłosić się z wierszami (ja planowałem dać kilka piosenek), należy uiścić drobną opłatę – mianowicie 200 złotych polskich. Od osoby! Podziękowaliśmy zatem panu Nawrockiemu za tę propozycję. Może nie tym razem. Może niech się sam, kurwa, buja, szuka innych naiwnych, niedowartościowanych jeleni, amatorów z pieniędzmi. A jednak syf rzeką jeszcze płynie. Szlam i gówno. 
Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. A poezja zbliża. Ale tak długo, jak będą mieli dostęp do papieru (poza toaletowym) ludzie pokroju Nawrockiego, tak nie ma co marzyć choćby o zbliżeniu ze Stowarzyszneiem Pisarzy Polskich.

2009-04-25

POPLIT

Miara popularności albo przynajmniej uznania to, prócz ilość sprzedanych książek, także uczestnictwo w tego typu imprezach. 
Była to w pewnym sensie podróż sentymentalna. Samochód zostawiłem na byłym placu apelowym Fabryki frajerów. Nasze szkolne budynki są remontowane; jeden jest już gotowy do zamieszkania. 5500,- za metr kwadratowy. Nic, znak czasu. Nikt tu nie umierał wcześniej, więc mieszkać można. A co my, absolwenci OLW, odczuwamy, patrząc na to, to już nasza sprawa. Spacerkiem udałem się do miasta, starym szlakiem, przez dziurę w płocie przy Dworcu Zachodnim. Przede mną dwie godziny, jak kiedyś, gdy ogłaszano Czas wolny. Olsztyn zmienił się przez te 20 lat. Najbardziej chyba Starówka. Na zamku tylko ślad po ściętej lipie (jak się potem dowiedziałem, to sprawka pioruna), coctail mleczny nieczynny, w ulubionych spożywczakach banki... Tylko fosa pięknie wyremontowana, choć zamknięta, więc piwka nie ma gdzie spokoju spożyć.
Czas jechać do Świątek. Spotkanie w bibliotece, sala pełna, rozmowę prowadzi Bernadetta Darska z Uniwersytetu, szefowa "Portretu". Obok mnie dwaj starsi panowie, pisarze, o których, niestety, wcześniej nie słyszałem. Poruszane problemy to obecność w internecie, obecność na półkach księgarskich, obecność w ogóle.

2009-03-03

Okładka

Pojedziemy chyba tym tropem, co? A raczej... pójdziemy. Tak na marginesie, dawno nie miałem na nogach "kajdanów". Co to są "kajdany"? Odpowiedź już niebawem na kartach powieści Fabryka frajerów.

2009-02-09

W co się pakujemy?!

On ci pomoże. Twój dowódca. Wykształcony, po takiej szkole jak nasza, i inteligentny. Książki czytał. Dusza człowiek po prostu! Pod warunkiem, że będzie miał do tego głowę. Że mu żona nie ucieknie, bo w leśnym garnizonie nie ma przecież sklepów i koleżanek. Albo nie zacznie się dymać, ślubna, najdroższa moja, z kim popadnie, bo mąż będzie zajebany na kompanii od rana do nocy i od nocy do rana. Tak, pod warunkiem wszak, że pan porucznik będzie miał do tego głowę. Że jeszcze sobie w nią nie strzeli ze służbowego P-83, bo nie będzie potrafił znieść samotności, upokorzenia, poczucia beznadziei albo tego, że mu na przykład wynieśli pół magazynu czegoś tam i teraz będzie musiał z własnej kieszeni zwracać. Albo że jeszcze będzie widział ostro, nie zapije się na śmierć w domowym zaciszu bądź w oficerskiej kantynie...
Bo czy tak naprawdę wiedzieliśmy, w co się pakujemy?!


(Fabryka frajerów)

2009-02-03

Beśka nie ściemnia

Recenzja Bumerangu w lutowym numerze miesięcznika "Bluszcz" (strona 148): "Są piękni, młodzi, pewni siebie i cyniczni. Grupa warszawskich znajomych wyjeżdża na Mazury. Zamieszkują w wyremontowanym zamku. Szczęśliwi? Tylko pozornie. Burza, która rozpęta się nocą, staje się świadkiem i przy okazji symbolem moralnego rozkładu tych ludzi. Między rozmowami o pracy ćpają, piją, zdradzają się kłócą. W swojej drugiej powieści autor powraca do kondycji polskiej klasy średniej, która zachłysnęła się dobrobytem. To obraz mało optymistyczny, bo Beśka nie ściemnia. Na co dzień pracuje w międzynarodowej firmie. Wyśmiewa śmieszności i zadęcie, jakie przychodzi mu obserwować. Nic dziwnego, że realistycznie nakreślone postaci (m.in. menedżer, księgowa, broker) niebezpiecznie mogą przypominać nam pewne osoby... Ku przestrodze. Tym bardziej w dobie kryzysu."

2009-01-29

Druga korekta

Otrzymałem wreszcie kolejny wydruk Fabryki frajerów, już po złamaniu. Wyszło... 492 strony! To moje? Wydawca zastanawia się przeto, w jakim formacie drukować. Bo przy tradycyjnym A5 przy rozłożeniu książki mogą się nagle zrobić dwa tomy. Jednak byłbym za takim właśnie formatem. Gra anioła Zafona ma ponad 600, w dodatku nadmuchana papierem, ale się trzyma. Taki przykład podałem, na co Wydawca: A dobra? Cóż... Ciekawa, rzekłbym. Miejscami jednak irytująco naiwna w języku. Ale znalazłem w niej kilka ciekawych rad dla pisarza: "Jednym z pierwszych forteli pisarskiego rzemiosla (...) była sztuka odraczania i odwlekania. Każdy, kto zjadł zęby na pisaniu, wie, że jakiekolwiek zajęcie, od temperowania ołówka po katalogowanie niebieskich migdałów, ma pierwszeństwo przed chwilą, kiedy trzeba wreszcie usiąść na krześle przy biurku i wysilić mózg (...) Natchnienie przychodzi, kiedy człowiek przyklei łokcie do biurka, tyłek do krzesła i zacznie się pocić. Wybierz jakiś temat, jakąś ideę i zacznij wyżymać mózg, aż cię zaboli. Na tym polega natchnienie. (...) Trzeba mieć warsztat. Prawda emocjonalna nie jest moralnym przymiotem, to tylko kwestia techniki. Literatura, przynajmniej ta dobra, ma w sobie tyle samo że sztuki, co z nauki. Podobnie jak architektura i muzyka".

2008-12-03

Powieść-woreczek foliowy

Pod tym dość przewrotnym tytułem dr Adam Poprawa z wrocławskiej polonistyki publikuje recenzję w najstarszym polskim miesięczniku literackim, "Twórczości", w numerze listopadowym: "Gdyby Krzysztof Beśka pomyślał Bumerang jako satyryczną opowieść obyczajową, utrzymają w konwencji mniej więcej realistycznej, powstać by mogla przyzwoicie zrobiona proza, wcale zabawna w czytaniu. Podjęcie takiego gatunkowego wzorca nie byłoby zreszta rzeczą łatwą. Kłopot jednak w tym, że autor postanowił napisać swoje dzieło w sposób nieporównanie bardziej skomplikowany. W teraźniejszości powieści przeplatają się dwa wątki. Na warszawskim Dworcu Centralnym pojawia się więc Kuba Piecki, młody mężczyzna. taki trochę balzakowski Eugeniusz de Rastignac na odwyrtkę: postanawia porzucić zdobywanie stolicy i powrócić na mazurską wieś, skąd pochodzi. Do tej samej miejscowości, Karolewa, wybiera się tymczasem na weekend kilkoro również młodych pracowników jakichś form. Nie wie, czy nie są oni zbyt młodzi, aby należeć do pierwszego pokolenia ekonomicznych beneficjentów przełomu ustrojowego – a takie sugestie w książce się pojawiają – w każdym razie reprezentują nową (młodą) polską klasę. Jej satyryczny obraz, uchwycenie socjolektu, obnażenie mentalności, przedstawienie kontekstu kulturowego, w jakim ci ludzie funkcjonują – to wszystko stanowi najbardziej udane partie książki. Oczywiście, wyśmiewanie filistrów od dawna należy do obowiązków artysty, niezależnie od tego, czy ów filister jest kamienicznikiem, mydlarzem czy też na przykład Group Brand Managerem. I owszem, można by się zastanawiać, czy jest to dla pisarza zajęcie wystarczająco ambitne, w kaźdym razie dzialalność taka jest niewątpliwie użyteczna społecznie. (...) Jedynym dostępnym kodem kulturowym bohaterów powieści okazuje się kultura masowa w najpodlejszym wydaniu, czyli seriale i reklamy. Jedynym zaś przeżyciem indywidualizującym mają być wspomnienia z dzieciństwa...."
Reszta na papierze.

2008-11-27

Balzak wiecznie żywy

Przy okazji recenzji ostatniej książki Jacka Dehnela, Dariusz Nowacki, bardzo miły człowiek, wspomina także i mój skromny debiut: "(...) pasożytowanie na Balzaku nie jest konceptem aż tak zaskakującym i nowatorskim, jak mogłoby się wydawać. Inni autorzy także posługiwali się archaicznymi modelami opowiadania, tyle że robili to raczej bezwiednie (Krzysztof Beśka we Wrzawie, Dawid Bieńkowski w Nic...). Stary język użyty do opisu nowej rzeczywistości to rozwiązanie modelowe w prozie polskiej ostatnich lat (...)
Modele modelami, ale każdy, kto chciałby wydać książkę w Polsce, winien najpierw zapoznać się ze Straconymi złudzeniami Balzaka. Inny kraj, inny czas. A mechanizmy wciąż te same. Sklej kilka stron w swoim maszynopisie, adepcie sztuki pisarskiej, a gdy odbierzesz egzemplarz po odmownej decyzji wydawnictwa, przekonasz się, że nikt tego nie czytał. Inny sposób, ten z Balzaka, to obwiązywanie pliku kartek sznurkiem. Gwarantowane, że będzie dokładnie w tym samym miejscu, gdzieś go umieścił. Przykre, ale prawdziwe... Oczywiście, są chlubne wyjątki.

2008-11-26

Aborygenów wycieczka do rezerwatu

Pisze Rafał Śliwiak na Wirtualnej Polsce: (...) Powieść jawi się jako głos w dyskusji o tym, czy w ostatecznym rozrachunku zysków i strat opłaca się zastąpienie własnych ambicji, planów i celów, planami i ambicjami anonimowego, bezosobowego pracodawcy o wspólnym, demonicznym imieniu Korporacja. Czy czerpanie nie tylko w sferze postępowania, ale nawet w sferze języka inspiracji z reklam, telewizyjnej nowomowy, poradników sukcesu nie odrywa od prawdziwego świata. Czy porzucenie dotychczasowych wzorców życia i przyjmowanie obcych (które są przecież zaprogramowane przez socjotechników dla maksymalizacji wydajności pracowników, a nie dla osiągania przez człowieka indywidualnego rozwoju i szczęścia) nie odcina od ludzkiej tożsamości, kulturowych i metafizycznych korzeni, nie wydziedzicza z wielowiekowej spuścizny przodków. Czy to wszystko nie odrywa współczesnego człowieka od samego siebie, tak jak niegdyś zostali oderwani australijscy Aborygeni, po to, aby – w mniejszym stopniu – rozpuścić się w obcym im społeczeństwie i kulturze, a w większym stopniu – wyginąć. Bumerang to powieść-metafora. Opowiada o Aborygenach z Polski B, C lub D, którzy w poszukiwaniu lepszego życia ze swoich wiosek wyjechali do centrum nowoczesnego świata, jakim jawi im się Warszawa. Wyrwani ze swojej rodzimej gleby, pozbawieni korzeni, skazani są na zatracenie. Nie czują się już Aborygenami i nie czują się jeszcze „nowymi ludźmi”: warszawiakami, Europejczykami, obywatelami świata, do czego tak usilnie aspirują. Co jakiś czas jednak – raczej na krócej niż na dużej – wracają jak bumerang na tereny, skąd pochodzą, do swoich rezerwatów, z których kiedyś z takim trudem się wyrwali. Ale bohaterowie Beśki wracają nie jako tubylcy, ale jako turyści. I co tu odnajdują? Podobną pustkę, jak w „wielkim świecie”. Bo nie można być „tutejszym” jedynie od święta. To funkcja podjęcia decyzji o zapuszczeniu korzeni i funkcja upływu czasu, który ten proces wspomaga. Bohaterowie nie są gotowi na podejmowanie tego rodzaju życiowych decyzji. Zresztą w ogóle ich procesy decyzyjne są uzależnione od polityki pracodawców i od innych przejawów zewnętrznej koniunktury, o czym najlepiej świadczą ich związki partnerskie, które w zasadzie utrzymywane są w homeostazie wzajemnego niezdecydowania. Jedynym wyjątkiem w grupie współczesnych polskich Aborygenów jest Kuba Piecki, który wraca do rodzinnej wsi podjąwszy decyzję opuszczenia na stałe sztucznego świata warszawskiej kariery. Dlatego to jemu autor poświęca osobny wątek powieści. Na ile jednak ten bohater będzie w stanie trzymać się swojej decyzji napotkawszy przeszkody, wyobcowanie, pustkę miejsc, które straciły łączność z jego sercem, to już inna sprawa (...)
całość na http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/recenzja.html?rid=38493&kat=0&id=427&kol=2&s=0

2008-11-05

Obsuwa i spluwa

Nie jest tak źle, chyba. Wiosna przyszłego roku to już lada chwila. Wiosną wszystko będzie inne, piękniejsze. Mamy zatem więcej czasu na dobre przygotowanie. Wydana teraz i na szybko książka mogłaby zginąć w przedświątecznej zalewie. Dla pokrzepienia zrobiłem sobie projekt okładki.

2008-10-22

"Kobieta i Życie" reaktywacja

Na tym piśmie się wychowałem. Mimo że było to pismo dla kobiet. Ale, na przykład, kolumnę "Satyra w krótkich majteczkach" na ostatniej stronie czytali wtedy wszyscy. Dziś jest ktoś, kto nosi takie spodenki i już zaczyna mówić. Wraca też "Kobieta i Życie"! Inny szata graficzna, inne problemy, inna redakcja. Ale kobieta wciąż ta sama. W pierwszym, listopadowym numerze, na stronie 44, najważniejsze osoby w moim życiu: kobieta właśnie i nasze wspólne dzieło. Bo wszystkie książki, napisane i przeczytane, są nic nie warte, gdy ich nie ma. Patos? A niech będzie! Pozwólmy sobie na to tym razem. Wielkie dzięki dla Magdy Kuszewskiej, najlepszej kumpeli, za świetny materiał.

2008-10-13

Fabryka frajerów. Pierwsza redakcja

Prace ruszyły wreszcie z miejsca, więc niebawem wszyscy poznacie chłopaków ze zdjęcia. Dobry word ma narzędzia, dzięki którym widać, jakie zmiany w tekście zostały poczynione, zaaprobować je bądź odrzucić. Trzeba być uważnym, bo błędy w druku to coś najgorszego. Potrafią spieprzyć przyjemność czytania. Najlepszym przykładem ostatnie książki Stefana Chwina. Redakcję i korektę robi mu żona, poetka Krystyna Lars, wszak oboje prowadzą wydawnictwo domowe. Pewnie robi to w przerwie w gotowaniu, bo widać tego opłakane efekty: literówki, podwójne spacje, wreszcie interpunkcja niewiele mająca wspólnego z obowiązującą w języku polskim. Koszmar! Taka niekompetencja jest w stanie zniszczyć dzieło.

2008-09-08

Świat kobiety, świat mężczyzny

Tym razem nic o twórczości. No, może w innym sensie, bo oto jestem jednym z bohaterów reportażu (nr wrześniowy, strona 53) o ojcach zajmujących się swoimi dziećmi. Że to modne. Może i modne, ale przede wszystkim normalne i naturalne, a do tej normalności przez lata nie miałem dostępu. Ale w końcu się spełniło. I żadna książka czy nagroda za nią nie jest w stanie przebić gaworzenia Stasia, jego pierwszych kroków i uśmiechu. Byle tylko zdrowy był i książek nie darł, a reszta jakoś się ułoży.

2008-09-02

Warszawa 1998-2008

Właśnie mija 10 lat, od kiedy zacząłem szukać szczęścia w tym mieście. Nieopierzony, wystraszony, za to w butach. Jednym z pierwszych zakupów było przedwojenne wydanie Gebethnera i Wolffa Fermentów Reymonta. Jeden dobry fragment:
"Blaga, blaga, blaga! - myślała, patrząc w ich dusze jakimś ostrym wzrokiem przenikania nawkróś, do dna wszystkiego. Widziała, że te piękne warszawianki są sztuczne, poretuszowane pudrem, szminką, różem, woalkami, kapeluszem, suknią; że te ciała są nierozwinięte, pokręcone, że poza maskami banalnie uśmiechniętych twarzy nie ma nic; że te fiołkowe, czarne, niebieskie oczy patrzą pustką i głupotą, że mężczyźni chudzi, mali, wynędzniali, nerwowi są wprost marni, wiało od nich chłodem zużycia i przesytu. Patrzyła coraz uważniej i później zaczęła spostrzegać coraz wyraźniej w tych tłumach piętno walki, tragicznej, codziennej, głupiej i zabijającej powoli walki o byt. Nic tylko o żer! Tylko o żer! - myślała z litością i wiedziała teraz, że to jarzmo przeklęte tak zgina tych ludzi, ogłupia i wysysa z nich wszystkie myśli i pragnienia szersze (...)"

2008-08-11

Festiwal w Mikołajkach

Doszły do mnie wieści, że Shantaż wygrał festiwal piosenki żeglarskiej w Mikołajkach. Pięć moich piosenek, w tym cztery stareńkie jak sam zespół. Ale miło się doczekać uznania po 11 latach grania. Może pewnie też dlatego, że w jury, któremu przewodniczył Krzysztof Daukszewicz, mało shantymanów, a ci zawsze do nas coś mieli. A to że dowcipy ze sceny nie takie, a to że więcej u nas Klenczona niz typowego shantowego smędzenia, a to że mistrzom nie robimy loda, a wszyscy robią. Tak pozytywnie (choć na odległość) motywowany wezmę się chyba za teksty piosenek na trzecią płytę. Jako ilustracja tego wpisu niech posłuży nasza fotka w legendarnym składzie.

2008-08-04

Krzysztof Kamil Baczyński

Dziś minęła 64. rocznica śmierci poety, który pewnego powstaniowego ranka za bardzo się wychylił z okna warszawskiego ratusza... Zawsze się wychylał. Pisząc i ogłaszając wiersze, a napisał ich 500, wychylasz się szczególnie. Ale nie tylko o twórczość tu chodziło. Wiesław Budzyński, badacz losów i twórczości poety, w swojej książce Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila, wspomina o kłopotach, jakie miał Baczyński w słynnym liceum Batorego z racji swoich żydowskich korzeni. W pewnym momencie doszło nawet do potężnej awantury i krwawej bójki między licealistami (na wyższych uczelniach w tym czasie, jak wiemy, było jeszcze gorzej - szczucie, bicie, getta ławkowe...). Po jednej stronie Baczyński, po drugiej kto? Choćby znany nam skądinąd Jan Bytnar, "Rudy", legenda Szarych Szeregów. Nikt już o tym dziś nie pamięta. Pewnie nawet nie wiedzą tego ci, co zbiorowym pomrukiem niezadowolenia, a raczej nienawiści, powitali na ostatniej rocznicy wybuchu powstania profesora Bartoszewskiego. Choć zawsze bezbłędnie rozpoznają Żyda. I tego, który mu sprzyja...

2008-08-02

Bałtyk

Wakacje nad morzem. Pogoda jak na zamówienie. Jedyny problem to zimne prądy, które przyszły w połowie pobytu (temperatura wody z 18 spadła do 11 stopni!), i zimna kalkulacja ludzi, którzy z uroczego kurortu robią jarmark i którzy pokój jednosobowy wciskają jako trójkę... Na szczęście jest jeszcze Grass.
Ja robi Bałtyk - Blubb, pifff, pschpsch...
Po polsku, po niemiecku - Plupp, piff, pszcz...

2008-07-03

Antoni Czechow

Mówi Andrzej Prozorow w Trzech siostrach: "O, gdzie to wszystko, gdzie się podziały te lata, gdy byłem młody, wesoły, mądry, gdy marzyłem i myślałem tak subtelnie, gdy teraźniejszość i przyszłość moja opromienione były nadzieją? Dlaczego my, ledwo zacząwszy żyć, od razu stajemy się nudni, bezbarwni, nieciekami, opieszali, obojętni, bezużyteczni, nieszczęśliwi? (...) Tutaj tylko jedzą, piją, śpią, potem umierają.. rodzą się inni i też jedzą, piją, śpią, i żeby z nudów nie zgłupieć do reszty, szukają rozrywek w nikczemnych plotkach, wódce, kartach, pieniactwie, i żony oszukują mężów, i mężowie kłamią, udają, że nic nie widzą, nic nie słyszą, i ohydny wpływa demoralizuje dzieci, i w nich też gaśnie gaśnie iskra boża, i stają się równie żałosnymi, podobnymi do siebie trupami, jak ich ojcowie i matki..."
Sto lat minęło, a my ciągle głupi...

2008-06-19

Związek Literatów Polskich

Właśnie mijają trzy lata, jak się pożegnałem z nimi tym oto listem:
Zwracam się w prośbą o skreślenie mnie z listy członków Związku Literatów Polskich. Członkiem Związku Literatów Polskich byłem od roku 2000, jednak mimo wielokrotnych obietnic ze strony władz Związku, nie było mi dane współuczestniczyć w kreowaniu wizerunku Związku, a ten był, jest i będzie coraz gorszy. Nikt nas, młodych, nie dopuszczał do głosu. No, może z wyjątkiem kłopotów z komputerem albo zorganizowaniem szatni - wtedy byliśmy potrzebni. Na wydanie mojej powieści Wrzawa media zareagowały błyskawicznie i pozytywnie. Napisano o mnie jednym więcej, niż o wszystkich zeszłorocznych dokonaniach członków Oddziału Warszawskiego ZLP razem wziętych! To nie przechwałki, daleki jestem od tego, a słowa te ciężko mi pisać. Takie jednak są fakty. Byłem najlepszym Waszym towarem eksportowym. Nie doceniliście tego. Po raz kolejny nie dostałem stypendium Ministra Kultury, a przyczyna tego jest jedna: jestem członkiem Związku Literatów Polskich. Gorsze kandydatury przeszły. Ja nie. Skoro zatem Związek Literatów Polskich nic mi nie daje, dlaczego ja mam dalej tracić? Nie widzę potrzeby ani sensu. Bawcie się dalej sami, beze mnie. Wybierajcie się nawzajem do rad, komisji, zarządów etc. Załatwiajcie sobie nagrody. Wydawajcie książki, których nikt nie kupuje i nie czyta. Obiecujcie dalej młodym ludziom tomiki, stypendia, publikacje. Może jeszcze jacyś naiwni się znajdą.

Co dziś mogę powiedzieć panom z ZLP? Jak zwykł mawiać M., jeden z kompozytorów moich piosenek: sram wam w twarz! Dla ścisłości należy też dodać, iż nie jest to twarz członków Związku: Juliusza Erazma Bolka, Leszka Żulińskiego, Bogdana Chorążuka i Zbigniewa Milewskiego.

2008-06-18

Znalezione w sieci

Dwie recenzje Wrzawy, a raczej refleksje czytelników, zamieszczone na Ich blogach. Wpadły mi w ręce dopiero teraz, ale chyba, także z kronikarskiego obowiązku, warto je skatalogować.
"W(a)r(s)zawa poniedziałek, 20 listopada 2006 8:24. Właśnie dzisiaj zamierzam skończyć książkę Krzysztofa Beśki pod tytułem Wrzawa. Już sama okładka jest znamienna, bo przedstawia rozmazane światła Pałacu Kultury i Nauki i jednej z okalających go ulic. Nawet moje sprawne warszawskie oko nie jest w stanie ocenić której, ale podejrzewam, że albo Marszałkowska albo Aleje, trudno powiedzieć, w każdym razie samo "radzieckie" centrum "piekiełka". "Piekiełko", bo tak jawi się po pewnym czasie Warszawa głównemu bohaterowi Lucjanowi Sząbrukowi. Ten młody nauczyciel przyjeżdża tutaj w poszukiwaniu pracy i uważa, że złapał Pana Boga za przysłowiowe nogi, wysiadając na Dworcu Centralnym. Swoją drogą słyszałam kiedyś taką anegdotę, a mianowicie: jak szybko zostaje się warszawiakiem, a jak szybko krakowiakiem? Żeby zostać krakowiakiem trzeba zapuścić w Krakowie swoje korzenie i żyć tam z dziada, pradziada. Warszawiakiem zostaje się wysiadając z pociągu na Dworcu Centralnym. To tak, dla rozluźnienia krakowsko-warszawskich stosunków, żeby sobie tamci inni nie myśleli, że prawdziwy warszawiak nie ma poczucia humoru, na swój, lokalny temat. Powracając do tematu, książka jest prawdziwa aż do cna (niestety!) i warta uwagi. Pokazuje złe wyobrażenia o Warszawie, pokazuje chore układy w domu i w pracy, pokazuje wyścig szczurów, który gdzie indziej jest nieco wolniejszy. Ja mieszkam w Warszawie od urodzenia i też mi nie jest tu najłatwiej, choć bardzo dobrze znam prawa rządzące tym miastem i samo miasto. Mylą sie Ci wszyscy Ci przyjezdni, którym sie wydaje, że tutaj praca i pieniądze leżą na ulicy. Oczywiście nie zniechęcam i rozumiem, ale trzeba się przygotować na trudne życie w dużym mieście. Polecam, książkę do niedawna można było znaleźć za grosze na "Koszykach". wydana przez Muzę w 2004 roku"
skandynawska.bloog.pl
"Czytam Krzysztofa Beśki Warszawę. To opowieść o człowieku z moich stron (ciągle pojawiają się znane mi miejscowości, bliskie sercu i geograficznie), który wyjeżdża w poszukiwaniu pracy do stolicy. Bohater, tak jak ja codziennie zastanawia się: kurczak czy książka?"

2008-06-09

Audiobook

Dostałem taki oto list od Wydawcy:
"Uprzejmie informuję, że Stowarzyszenie Pomocy Osobom Niepełnosprawnym Larix zwróciło się do Wydawnictwa z prośbą o nieodpłatne udostępnienie treści książki Bumerang w celu nagrania jej w kodowanej postaci dźwiękowej (cyfrowej) do bezpłatnego wypożyczania osobom niewidomym i słabowidzącym. Zakodowanie zapisu ma na celu wyeliminowanie możliwości odtwarzania komercyjnego. Wydawnictwo chciałoby się przychylić do tej prośby Larixu, jednak uzależniamy to od zgody autora. Sądzimy, że pomysł Stowarzyszenia Pomocy Osobom Niepełnosprawnym zasługuje narealizację".
Jak dla mnie bomba! Też chętnie posłucham. Niekomercyjnie.

2008-05-21

Potargowe refleksje

No i po Targach. Posiedziałem, jak było w planie, w piątkowe południe. Ktoś przyszedł, kupił książkę, podpisałem się na egzemplarzu. W moich obliczeń wynika, że uczestniczyłem w targach w ten sposób po raz czwarty: trzy razy z Muzą, raz, teraz, z Nowym Światem. Siedzisz, uśmiechasz się, najczęściej do przechodzących, czasem grzebiących w stosiku książek i odchodzących jak ta paniusia, co sama poczęstowała się delicją ze stojącego przede mną talerzyka i obiecała, że wróci, bo książka o Mazurach i niedroga nawet. Idąc na swój dyżur, spotkałem Kazimierza Brakonieckiego. To pierwszy mistrz, który mnie namaścił. Wtedy namaszczenie z jego rąk, a wiązało się to z drukiem wiersza w "Borussii", było czymś, o czym marzył każdy początkujący, olsztyński wierszokleta. Potem jakoś nie do końca się porozumiewaliśmy, ale to już przeszłość. Miło było spotkać poetę właśnie tutaj, szczególnie że teraz obaj wydajemy w Nowym Świecie. Pan Kazimierz (rocznik 1952) wciąż uparcie siedzi w Olsztynie, dokąd wrócił po studiach w Warszawie. Wciąż też wierzy, że prawda wygra (kiedyś mówił, że jest Jezusem Chrystusem; kiedy indziej, że aspiruje do Nobla!). Być może tak jest. I będzie. Być może największym polskim poetą jest pan Iksiński z Kolbuszowej. Pod warunkiem, że jest z Warszawy lub Krakowa...

2008-05-14

Targi książki

52. Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie ruszają już w czwartek. Miejsce, jak zwykle, Pałac Kultury i Nauki. Gościem honorowym jest w tym roku Izrael. Chyba zabiorę swoją jarmułkę... Będę podpisywał Bumerang na stoisku wydawnictwa Nowy Świat (D 424), w piątek, w godzinach 12-13, zatem zapraszam.

2008-04-24

Znów ktoś przeczytał do końca

Ewa Czarnowska-Woźniak w "Expressie Bydgoskim":
Wszyscy wracamy dokądś jak bumerang.
"Krzysztof Beśka, rocznik 1972, ma już na swoim koncie (obok wierszy, piosenek i słuchowisk), komentowaną szeroko powieść Wrzawa, odczytywaną jako satyra na polski kapitalizm. Przyniosła mu ona nominację do Paszportu Polityki. Teraz autor poszedł za ciosem i portretuje po raz kolejny uczestników wyścigu szczurow, przedstawicieli własnego pokolenia, często zatracajacego się w pogoni za gadżetami luksusu. Kanwą powieści jest weekendowy wyjazd grupy przyjaciół (?) do mazurskiego pensjonatu w popegeerowskiej wsi. Makler, pracownik agecji reklamowej, sekretarka, księgowa - nawet już w drodze na wypoczynek nie potrafią się wyluzować. Atmosfera jest ciągle napięta, a każda próba jej rozładowania - przegrana. Bez alkoholowo-narkotykowych dopalaczy nie ma mowy o radości, która przybiera już to histeryczny, już to egzaltowany wymiar. Zwłaszcza wtedy, gdy mija się skulonych przy drodze sprzedawców jagód i grzybów albo zagląda do wiejskiego sklepiku, gdzie obsmarkana kilkulatka czeka beznadziejnie na lizaka... Słowem - powieść sielska przeniesiona w brytalny wiek XXI. Brutalna kulminacja wisi w powietrzu. Krzysztof Beśka jest autorem błyskotliwym - wiele obserwacji spuentowanych jest znakomicie, świeżo. W wielu sytuacjach widać sznyt godny scenariusza filmowego (jak choćby obrazek z komitetem okupacyjnym szkoły - strajkującym... podczas wakacji - który myli wczasowiczów z delegacją władz oświatowych). Z drugiej jednak strony, pomysłów, postaci i wątków jest za dużo. Tak wiele, że rozsadzają ramy opowieści. Wtręty pozowane na powieść historyczną (fikcyjne spotkanie pani Walewskiej z Napoleonem, do którego miało dojść w pałacu przerobionym na pensjonat), cytaty z czytanej podczas podróży przez jedną z bohaterek ambitnej książki o Aborygenach (jak łatwo odnaleźć w naszych zachowaniach echa zachowań plemiennych), trawestacja piosenki Osieckiej... Słowem - mogło być wartko, pasjonująco i ciekawie, wyszło - tylko jakoś."

2008-04-16

Reportaż

Pisał Marek Hłasko: "Całe życie żyłem tak, aby z chwilą, kiedy zginę, nie pozostało po mnie niczyje prawdziwe wspomnienie; i dlatego nie mówiłem ludziom prawdy o sobie; i dlatego wymyślałem rzeczy, które nie zdarzały się nigdy..." A zatem jeśli ktoś jutro między 9.00 a 12.00 w programie "Pytanie na śniadanie" (TVP 2) usłyszy, że po przyjeździe do Warszawy głodowałem, a Wrzawa powstała tylko i wyłącznie z gniewu, niech ma na uwadze powyższe słowa Hłaskowera...

2008-04-08

Recenzja sztuki

Nasza wspólna praca z Januszem Zaorskim doczekała się oceny na "Dzienniku Teatralnym": Orient Express a sprawa polska. Łukasz Kapitulewski pisze m.in.: (...) "Uzyskany efekt przywiódł mi na myśl niestety produkcje z gatunku komedii romantycznych, a samo słuchowisko "produkt" wykonany jakby na zamówienie. Nawet muzyczna ilustracja w postaci fragmentów utworów Marka Grechuty wydaje się dobrana w myśl zasady "bo tak". Na pochwałę zdecydowanie zasługują aktorzy drugoplanowi. Taksówkarz oraz kobieta, z którą rozmawiała Ola w byłym mieszkaniu Andrzeja, sprawili, że można było poczuć bardzo warszawski i bardzo polski klimat...". Reszta na http://www.teatry.art.pl/!fmk/oeas.htm A swoją drogą, chciałby mieć koleś takie zamówienia... Ja pracowałem bez, z potrzeby serca i w ciemno. Ale i tak miło. Mimo srogich recenzji. Niestety, słuchowisko ma to do siebie, że zostaje raz nagrane i na tym koniec. Nie ma szans poprawić się w następnym przedstawieniu.

2008-04-04

Stary numer - ostatnie przedstawienie

Sztuka, którą podarowałem grupie teatralnej z Olsztyna, nie zakończyła żywota po jednym przedstawieniu dla jurorów. Była zagrana z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru, była grana i dzisiaj w osiedlowym domu kultury "Akant". Teraz jednak chyba po raz ostatni, odtwórczyni głównej roli kończy szkołę. Ale jak na szkolne przedstawienie to i tak dużo. Dzięki, Żar!

2008-03-27

Egzamin z życia

W niedzielę 30 marca o godzinie 17.00, w programie II TVP, w 103. odcinku serialu zabrzmi moja piosenka pt. Melodramat. Napisałem ją na początku 2005 roku, a muzykę skomponował Piotr Banaszek. Mam nadzieję, że w końcu uda nam się zgromadzić materiał na płytę.

2008-03-19

Spacerek szczurów

Recenzja Bumerangu w internetowej wersji "Portretu". Nie lubiło mnie to pismo nigdy, 13 lat temu zaczynaliśmy razem, a spróbuj bardziej wychylić łeb w Olsztynie, to cię zajebią. Dominika Kotuła pisze: "Krzysztof Beśka pochodzi z prowincji, ukończył prowincjonalną uczelnię..." Do tego należy dodać prowincjonalne pismo, zamieszczające artykuły prowincjonalnych recenzentek, stosujących prowincjonalne schematy myślowe. Co dalej? "Obyczajowe obserwacje autora bywają trafne, lecz banalne, nieraz ocierają się zaś o niebezpieczne uogólnienia. Widoczne jest to zwłaszcza w nakreślonym przez Beśkę obrazie wsi: za dużo tam bezrobocia, patologii, głodnych dzieci i amatorów taniego wina. Oczywiście, wszystkie te elementy są nieodłączną częścią mazurskiego krajobrazu kulturowego, ale autor zdaje się nie zauważać, ze poprzez wyolbrzymianie niebezpiecznie zbliża się do groteski...". Patrz, udała mi się ta... jak to się nazywa? Groteska? Hurra! Tak się składa, że znam mazurską wieś nie tylko z okna pędzącego auta, bo przez rok tam pracowałem. A mój "żenujący intertekstualizm" (no, nie spała na ćwiczeniach z teorii literatury!) to nie nie Mistrz i Małgorzata, tylko Faust (tu była niewyspana, choć nie sądzę, że za sprawą upojnej nocy przed). Reszta na http://www.portret.org.pl/tyminski/online38.pdf

2008-03-18

Odjechał...

... zresztą już ponad tydzień temu. Musiałem jednak odczekać chwilę, ochłonąć, zebrać opinie słuchaczy. Jeszcze się do mnie odzywają, więc może nie było aż tak źle... A tak poważnie - to było jedne z lepszych słuchowisk. Małgorzata Zajączkowska rewelacyjna, eksperyment z trzema rolami udany. Marta Chodorowska, która zagrała już w drugiej mojej sztuce, pisze, że "bardzo dobrze jej się pracowało, bo tekst dobrze napisany, a i każde spotkanie z Zaorskim to wielka przyjemność". Potwierdzam. Przed emisją spotkaliśmy się z reżyserem, obgadaliśmy szczegóły i zmiany. Życzę panu Januszowi, żeby... udało mu się zdobyć bilety na Euro 2008! Acha, jeszcze dźwięk - trzy piosenki Marka Grechuty świetnie zilustrowały całość, szczególnie "Grzekolwiek będziesz" na samym końcu rzuciła mnie na kolana. Tyle. Poniżej link do sesji z nagrania, którą wykonał Krzysztof Sielicki http://www.polskieradio.pl/teatr/galeria/galeria.aspx?gl=275&gr=13

2008-03-05

Orient-Express

Moje kolejne słuchowisko, w niedzielę 9 marca, godzina 13:30 Program III Polskiego Radia. Reżyseria: Janusz Zaorski, realizacja: Andrzej Brzoska, opracowanie muzyczne: Renata Baszun. Obsada: Małgorzata Zajączkowska (w potrójnej roli dojrzałej i młodej Oli oraz Matki), Marta Chodorowska (Pasażerka), Sylwester Maciejewski (Taksówkarz), Antoni Pawlicki (Marek), Zofia Merle (Kobieta), Andrzej Piszczatowski (Andrzej)
Orient-Express to opowieść o 60-letniej kobiecie, Oli, która po latach nieobecności wybrała się w podróż do Polski. Orient-Express, którym podróżuje, zatrzymuje się na dworcu Warszawa Gdańska – w miejscu, z którego 40 lat temu, w marcu 1968 roku, wyjechała wraz z rodziną na zawsze. Ola odłącza się od swojej grupy i szuka w mieście kolegi sprzed lat, Andrzeja, z którym nigdy nie miała okazji się pożegnać. Razem studiowali na Uniwersytecie Warszawskim i uczestniczli w proteście studentów. Wycieczka po Warszawie jest okazją do przywołania wspomnień - tych dobrych, ale i tych bolesnych.

2008-03-04

Stroszenie piór

Monika Małkowska w weekendowej "Rzeczpospolitej": Ludzie książki piszą. Zamiast listów. Biorą się do tego zwłaszcza ci, którzy posiedli pewne umiejętności w odpłatnym zaczernianiu papieru: dziennikarze, scenarzyści, pracownicy agencji reklamowych. Chcą się podzielić spostrzeżeniami na tematy drażliwe i niechodliwe; problemami nieistotnymi dla firm, w których pracują. Ujawniają mroczne strony finansowego sukcesu. I cenę, jaką wielu za to płaci. To trochę tak, jakby kąsali rękę, która ich karmi. Swego rodzaju zdrada. Toteż nie adresują swych wynurzeń do nikogo konkretnego. Rzucają butelkę z listem w fale oceanu – może ktoś ją wyłowi i zareaguje? Ostatnio mamy w Polsce klęskę urodzaju prozy demaskatorskiej, antykapitalistycznej. Na razie każda książka pozostawia wiele do życzenia, oceniając je od literackiej strony. Ale choć zżymam się podczas lektury na ułomności stylistyczne i dramaturgiczne, do pewnego stopnia rozgrzeszam autorów. Większość z nich pisze, żeby odreagować frustrację. Może też ku przestrodze innym. Oto kilka najnowszych przykładów tego typu literatury, zróżnicowanych w formie, odmiennych jakościowo. Marzena Matusiak w Zamykamy, ale ładne mogą zostać – powieści-reportażu z komiksowymi ilustracjami, Tomek Tryzna w fotopowieści Taniec w skorupkach, Ivan Gruzoff (pseudonim scenarzysty i reżysera Andrzeja Molskiego) w fabule ze światka przestępczego Siemanko, Krzysztof Beśka w Bumerangu. Co łączy te książki? Ton szczerości, wręcz ekshibicjonizmu. A także opisy stanów odmiennych od świadomości, po używkach. Narkobiznes to, jak wiadomo, mimowolny efekt ustrojowego przełomu. Wyjątkowo przygnębiający temat. (...) Najświeższy produkt na ten temat to Bumerang Krzysztofa Beśki (urodzony 35 lat temu w Mrągowie, od dziesięciu lat mieszkaniec stolicy). Postaci z jego książek są cool i trendy. Autor zna ten typ, na co dzień pracuje w dużej międzynarodowej firmie. Ale ten polonista z wykształcenia, od dziesięciu lat osiadły w stolicy, stara się zachować wrażliwość, ocalić zdolności. Akcję Bumerangu umieścił w rodzinnych okolicach. Grupka dobrze ustawionych młodych ludzi przyjeżdża tam na weekend. Odrażające postaci. Nie tylko wówczas, gdy nadużywają trunków i proszku. Również na trzeźwo, kiedy na każdym kroku objawia się ich małość i prostactwo. W przeciwieństwie do nich „pozytywnym kapitalistą” jest właściciel przerobionego na hotel pałacu, w którym hałastra zakotwiczyła. Jedyny sprawiedliwy w Bumerangu to Kuba. Chłopak, który odrzuca warszawskie sukcesy, decyduje się wrócić do rodzinnej wiochy na Mazurach. Przejrzał na oczy, dostrzegł fałszywy blichtr światka biznesu. Najwyraźniej pisarz utożsamia się z Kubą, jego ustami strofując japiszonów: „Nażreć się, napychać kieszenie, dopóki nie wysiudają was jeszcze bardziej cwani, nie wysadzą ze stołków, nie zagrają do tańca, aż pogubicie salamandry”. I wychwala skromnych prowincjuszy: „Rękami robią, a nie dupą i jęzorem! Uczciwie. Bez kłamstw, sztucznego napuszenia, pozerstwa, biurowych gierek, przesyłania e-mailem świńskich filmików, kłótni o włączenie klimatyzacji”. Dostrzegam w tych połajankach hipokryzję. W końcu pisarz babrze się w takim samym bajorze jak jego bohaterowie. I też niejedno można mu zarzucić. Jeśli ma talent literacki (a ma, bo z powodzeniem wygrywa konkursy na audycje radiowe, a debiutancka „Wrzawa” nominowana była do Paszportu „Polityki”), to musi dokonać wyboru jak jego alter ego Kuba – zarabiać czy tworzyć? Gdyby zdecydował się na to drugie, musi podrasować styl. Przesiąść się ze stołka zdolnego amatora na fotel literata. Odpowiedzialnie używającego pióra, nie tylko stroszącego pióra. Jak na razie kiksów w jego książkach pełno. Niektóre niezręczności przywodzą na myśl humor zeszytów szkolnych: „Tadek oślinił lufkę i brodę, że trzeba mu było podcierać jak obłożnie choremu staruszkowi” czy: „Przysłowiowa beczka soli w przypadku Karolewa musiałaby być grubą beczką śledzi, w dodatku nieźle podlaną”. Zakładam się o śledzia z lufą, że uda mu się wybrnąć. Ryzyko niewielkie.
Pani zapewne nie wie, co to stylizacja i pastisz. Pewnie nawet dupa mówi przez "ł". Ale i tak dzięki za zabranie głosu.

2008-03-01

Wieści w kraju

Książka nie jest oskarżycielskim głosem skierowanym przeciw korporacjom, ale napiętnowaniem tych, którzy, poszukując w Warszawie "korporacyjnego raju", zdradzają dotychczasowe wartości w zamian za pozory lepszego życia.


Lato, Mazury, stary pałac, wódka, długie Polaków rozmowy, ludzie się obnażają psychicznie. Na końcu się okazuje, że i tak wszyscy są po jednych pieniądzach. A tytuł z przesłaniem: świństwo, które w życiu zrobiłeś, wróci do ciebie jak bumerang.

2008-02-29

Nowa książka

Wczoraj podpisałem umowę wydawniczą "Fabryki frajerów". Z tej okazji kolejny fragment:
Kucharek było chyba z dziesięć: od starych raszpl, po młodziutkie, prosto pod szkole gastronomicznej. Kucharz jeden, malutki, że ledwo zza kontuaru wystawał. Nad nimi trzymały pieczę jakieś zażywne szefowe w białych, lekarskich fartuchach, nad całością zaś - kwatermistrz - pan chorąży, rzadko kiedy trzeźwy, a jeżeli już, to i tak bełkoczący jak nalany, że trudno go było zrozumieć. Ale nie nasz problem, my go rozumieć nie musieliśmy. My chcieliśmy tylko dobrze zjeść!Wielu ludzi twierdzi, że kuchnia to najważniejsza część domu. Zgadzaliśmy się z tym. W całej rozciągłości kotleta schabowego.
- Dzień dobry chłopcy - witała nas bladym świtem jedna z kucharek, gdy przychodziliśmy na pierwsze śniadanko. - Ilu wasz jest?
- Sztu! - odpowiadał zgodnie z narzuconą konwencją ten z nas, co był tego dnia najszybciej przy korycie, jak ten Bartosz Głowacki, co czapiną zgasił palący się lont w carskiej armacie w czas kościuszkowskiej insurekcji.
Kuchara obrażała się na wejście, ale my nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Za głośno grało w naszych żołądkach łaknienie. Bo następował czas żeru. Świętego i codziennego.
- Coś mała ta kiełbaska - zauważał ktoś następny w kolejce, kto nigdy jakoś nie słynął z przesadnej dociekliwości.
- Jest taka, jak być powinna! - reagowała ostro najstarsza z kucht, rzucając talerzyk z nienawiścią na blat z pociemniałego lastryko. - Następny!
O tym, że waliły nas po rogach, a raczej po żołądkach i kieszeniach, wiedzieliśmy od dawna. Bo jakoś tak dziwnie się składało, że kiedy rano zwartą grupką (jakby bały się, że coś może "przypadkiem" wypaść z okna internatu) przemykały od bramy w kierunku kuchni, to każda trzymała na ramieniu lub w ręku jedynie zgrabną, niewielką torebusię. A kiedy wieczorem szły do domu, siatami ciągnęły niemal po ziemi. Nietrudno było się domyśleć, co w nich dźwigały.
- Kurwy! Oddawać kiełbasę! - dobiegało wtedy z okien, na co kuchary przyspieszały kroku, by jak najszybciej znaleźć się za bramą, bo wydawało im się, krowom głupim, że w tym miejscu to my możemy im już nagwizdać.
Pewnego dnia kilku z nas wskoczyło nawet specjalnie na tę okazję w mundurki, na ręce wciągnęło biało-czerwone opaski, które na co dzień służyły dyżurującym przy telefonie, i dalej ścigać wstrętne babska.
- Proszę pokazać, co ma pani w siatce! - zażądał któryś ze śmiałków tonem srogiego i bardzo drogiego celnika.
Kucharka poczerwieniała, napuszyła się jak kwoka, ale w tym samym momencie koleżanki za jej plecami zaczęły napierać jak w kolejce po mięso, której to cennej umiejętności chyba nigdy się nie zapomina. Od strony internatu biegł już ktoś z kadry, zaalarmowny przez konfidenta-portiera. No i przeszły. Ale chyba dzięki temu wywieszonao jakąś kartkę z obowiązującymi normami, ponoć też zaczęto ważyć każdą porcję. Tak nam przynajmniej obiecano. Jak wiele rzeczy...

2008-02-25

Spotkanie w Radiu Warszawa

26 lutego (wtorek) o 15.30 produkuję się na żywo w Radiu Warszawa 106,2 MHz. Rozmowę prowadzi Anita Granda-Zilz.