
2011-04-13
Sumując

2011-03-29
A życie swoje...

Wszystko wskazuje na to, że pamiątkowy pierścień prymasa Wyszyńskiego, skradziony z katedry w Gnieźnie, został rozmontowany, przetopiony, a brylanty z niego sprzedano za bezcen w Holandii. Złoto-srebrny pierścień, wysadzany brylantami, z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej pochodził z 1966 roku. Jego wartość materialna szacowana jest na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Pierścień był darem biskupów polskich, dla kardynała Stefana Wyszyńskiego z okazji 1000-lecia Chrztu Polski. Złodzieje nie uszanowali świętości. Tak jak ci z Ornatu z krwi:
Było coraz zimniej. Marzec marcem, ale kościół nie był ogrzewany – tym bardziej teraz. Młodszy z braci zaczął przestępować z nogi na nogę, para ulatująca ust przy każdym oddechu wirowała w świetle latarki wycelowanej wciąż precyzyjnie w górną część konfesji.
Drapieżne ptaki okazały się nie tak silne i dumne, jak wyobrażano je w herbach państwa Polan od setek lat. Kilka minut wystarczyło, by relikwiarz świętego Wojciecha zakołysał się w rękach złodziei. Zakołysał się i, cenny metal miał wszak swoją wagę, przydusił mężczyzn do ziemi, mimo że w rzeczywistości znajdowała się ona kilka dobrych metrów niżej. Sapiąc i stękając, zdołali jednak uchronić skarb przed niechybnym upadkiem i roztrzaskaniem się o posadzkę kościoła. Aby jednak zdobycz mogła znaleźć się na dole w nienaruszonym stanie, potrzebna była pomoc.
– Dawaj tu, brat!
Przypomnieli sobie, kurwa – pomyślał ze złością Zbyszek, w tej samej chwili zgarbił się i struchlał, jakby bał się spadającego na kark ciosu. Bóg przecież słyszy wszystko, nawet myśli...
Kiedy srebrna trumienka z postacią półleżącego świętego na wieku znalazła się na podłodze, wszyscy trzej mężczyźni ciężko sapali ze zmęczenia. Czekała ich jeszcze powrotna droga. Na szczęście planowali pokonać ją już nie małpim sposobem, jak to nazwał Roman, ale zwyczajnie, przez drzwi. Niewielkie i mało widoczne, umiejscowione były w bok od głównej nawet, zamknięte tylko na zasuwę, od środka.
– Ciężkie cholerstwo – stęknął Zbyszek, usiłując dźwignąć okryte na powrót w folię trofeum.
– Co się dziwisz – prychnął Romek. – Nieboszczyk swoje waży.
Bracia nie przeżegnali się tylko dlatego, że ręce urywał im właśnie ciężki srebrny relikwiarz...
2011-03-17
Ornat z krwi

2011-02-10
II redakcja

Mimo to czuł, że nie pasuje do tego towarzystwa. Podczas gdy Kaśka brylowała w gronie znajomych, jego stać było tylko na nieme potakiwanie. Mieli swoje tematy, plotki, wyrzekali wspólnie na reżyserów, producentów i dyrektorów teatrów. A najczęściej na siebie nawzajem – w zależności od składu ekipy plotkującej. Początkowo go to bawiło, potem czuł coraz większy niesmak i złość. Zastanawiał się, co mówią o nich, chwilę po tym, jak się z Kaśką oddalą. Ona się tym nie przejmowała, tak przynajmniej twierdziła.
Z wierzchu cały ten świat wyglądał pięknie: błysk fleszy, czerwone dywany (bo i takie bywały, czemu nie?!), eleganckie kreacje, fryzury, przyprawiające o zawrot głowy zapachy. Ale świat aktorów, slawy miał i inną stronę. Kiedy pierwszy raz Kasia opowiedziała mu o jednym z castingów, w którym uczestniczyła, nie miał wątpliwości, z czym go porównać: targ niewolników to było najdelikatniejsze skojarzenie, które mu się nasunęło. Innym, o którym już nie powiedział żonie z dwóch powodów, był moment, kiedy zapijaczony, rozwalony na sofie klient z szeregu kurew wybiera tę jedną, jedyną. Tę najmniej straszną...
A srał was wszystkich pies, kurwy, gotowe dać dupy każdemu, od którego zależy cokolwiek, co wiąże się z filmem, telewizją czy reklamą. Mózgu używa taka tylko do liczenia kasy i po to, by nie pomylić się, gdy reżyser na planie serialu każe przejść z punktu A do punku B. Modrzejewskie, jedna z drugą, co jeszcze wczoraj srać chodziły za chałupę, a dziś nie przestają odgrywać tragedii nawet w domu przy obieraniu ziemniaków, nie zdejmują ciemnych okularów nawet w metrze, zresztą rzadko korzystają z tego środka transportu, bo to dobre dla szaraków, tłumu, całego tego tałatajstwa. Oczy wokół głowy, uszy jak anteny i tylko kombinuje jedna z drugą, jak tu trafić promocyjne zakupy, darmowe SPA czy sponsorowany wyjazd na narty w Alpy – dobra dostępne tylko dla gwiazd! Przecież wiadomo, czemu tak naprawdę służy mizdrzenie się do obiektywów fotoreporterów, chodzenie na każdy, najpodlejszy nawet raut, organizowany przez hurtownię skarpet, ocieranie się w tłumie o znanego reżysera, wciskanie papuzich wizytówek, posyłanie kuszących uśmiechów do śliniących się buców z grubym karkiem i jeszcze grubszym portfelem czy inne metody godne Maty Hari, żeby tylko, żeby w końcu, żeby zawsze...
2011-02-03
Jedna trzecia

Był wczesny wieczór, gdy Jewgiennij Aleksandrowicz Riepin opuścił cukiernię Roszkowskiego i znalazł się z powrotem na ulicy. Ruch na Piotrkowskiej niewiele osłabł: każdą dokądś zmierzał w wielkim w pośpiechu, jakby był to początek dnia, a nie jego schyłek; furkotały na wietrze poły płaszczy, surdutów i hałatów. Ktoś spóźniony na spotkanie pokrzykiwał, usiłując zatrzymać przejeżdżającą dorożkę. Wszystko to jednak i tak nie dorównywało temu, co dzieło się w głowie detektywa, gdzie jedna myśl goniła następną. Działo się tak zawsze, gdy Riepin przymierzał się do nowej sprawy. Nawet nie zauważył, jak podszedł do niego jego astystent.
– Dobry wieczór, szefie – przywitał się Stanisław, unosząc na chwilę prawą rękę do ronda kapelusza.
– Jaki miałeś dzień, przyjacielu? – chciał wiedzieć Jewgiennij.
Jabłonowski zaczerwienił się, czego na szczęście nie było widać w świetle gazowej latarni, którą właśnie zapalał przy nich człowiek wyposażony w specjalną drabinkę i długi drążek.
– Jak nasza piękna para? – Rosjanin najwyraźniej nie miał zamiaru przestać go gnębić.
– Jak zwykle – odpowiedział cicho młody mężczyzna, jednocześnie modląc się w duchu, by jego pryncypał nie zaczął wypytywać go o szczegóły.
– Damy jeszcze gołąbkom w spokoju pogruchać, co?
– Oczywiście, szefie.
Riepin uśmiechnął się, zdjął z głowy melonik, otarł chustką czoło z potu, którego kropelki na chwilę rozbłysły w świetle kolejnej zapalonej gazowej latarni na Piotrkowskiej, po czym wyrzucił z siebie jednym tchem:
– Ta sprawa może poczekać. Mamy teraz coś o wiele bardziej poważnego, mój młody przyjacielu. Chodźmy! – rzekł i pociągnął go lekko za łokieć.
Ruszyli niespiesznym krokiem główną ulicą miasta w kierunku południowym, szybko mieszając się w tłum.
– Przez cały dzień czułem, że dostaniemy specjalne zamówienie i nie pomyliłem się – powiedział Rosjanin. – Parę minut po obiedzie do drzwi naszego biura zapukała żona inżyniera Szałkowskiego z fabryki Silbersteina. Kiedy tylko ją ujrzałem, wiedziałem, że stało się coś złego.
– Z dobrą nowiną chyba nie przychodzi się do prywatnego detektywa – zauważył przytomnie i złośliwie Stach, ale Riepin puścił tę uwagę mimo uszu.
2011-01-12
W poszukiwaniu inspiracji
– A oni w tej Warszawie, proszę pana, w sejmie, w rządzie, telewizji, to chyba zapomnieli, że niedaleko leży takie miasto Łódź. Godzinka z hakiem będzie, a jakby koniec świata. Wyspa ludożerców. I równie duże, nie żadna tam pipidówka. Tam przypominają sobie o nas dopiero wtedy, gdy coś się dzieje złego. Bo mój znajomy to mówi, że u nas, jak w soczewce, ogniskuje się całe zło tego kraju. I nie ma racji? Nie ma?! Jak odstrzelić łeb politykowi, to tylko w Łodzi. Dzieci zapeklować w beczkach albo podusić jak koty na złość swojej ślubnej – proszę bardzo! Dobić chorego zastrzykiem, zamiast go ratować, żeby zakład pogrzebowy miał zarobek – oczywiście, zapraszamy do nas! Ludzie tak szybko nie zapominają. Zapytaj pan, kogo chcesz...
– Ile płacę?
– A ten mój znajomy, proszę pana, to mówi jeszcze, że cała Polska swoim kształtem przypomina jedną wielką dupę. A jeśli tak, to nasze miasto jest dziurą w tej dupie. Dwadzieścia trzy pięćdziesiąt poproszę. Możliwie jak najdrobniej, jeśli pan będzie tak uprzejmy.
2010-12-30
Good night...

2010-12-22
Początek

Dzień kończył się też jak zwykle, jak dobiegł kresu wczoraj i najpewniej odejdzie w niebyt jutro: głosem setek fabrycznych świstawek, odgwizdujących zgodnie koniec dniówki, tupotem, a może raczej chlupotem tysięcy par lichych robotniczych drapoków na pokrytym błotem bruku wąskich, przecinających się bez końca ulic, tudzież szmerem prowadzących półgłosem rozmów, tu i ówdzie głośniejszych wyrzekań na zły los, który odczarować trudno, właściwie to chyba nie sposób, a może i nie warto.
– Idziesz, Franek, z nami na piwo? – pytał robotnik robotnika, pracownik farbiarni tego, co cały dzień, od bladego świtu, spędzał przy ładowaniu bel bawełny na ogromne platformy.
– Nie. Nie mogę – brzmiała odpowiedź cicha, wręcz ledwo słyszalna.
– Dajcie żesz spokój chłopinie. Widzicie, że majster mu tak plecy obił, że ledwo idzie.
– Może jutro. Może... Przecież lubię piwo...
No i ogniowi, temu prawdziwemu, niszczycielskiemu, też nikt by się nie zdziwił, choć pożary w mieście Łodzi, za które zgodnie winiono zawsze przypadek, mrugając przy tym znacząco okiem, wybuchały zazwyczaj ciemną nocą...
W pałacu Neumannów u zbiegu ulic Kaletniczej i Zachodniej od wczesnego popołudnia, właściwie już od obiadu trwało żywe poruszenie, choć każdy, kto w ostatnich godzinach spojrzałby na Annę Karolinę Neumann, najstarszą córkę Friedricha, znanego w całym mieście i poza jego granicami właściciela sześciu fabryk włókienniczych, i jego żony Gudrun, stwierdziłby bez wahania, że ma do czynienia z gorączką, a przez to być może z grypą lub jakąś inną groźną chorobą, kto wie, czy nie tropikalną.
2010-12-09
2010-12-07
Wielki Splendor

Wczoraj byłem, już po raz trzeci, na gali wręczenia Wielkich Splendorów, czyli nagród Teatru Polskiego Radia. W takich miejscach i przy takich okazjach nie spotyka się aktorów czy aktorek, które spotyka się na warszawskich rautach na co dzień. Średnia wieku – mniej więcej 70 lat, twarze ludzi, którzy towarzyszyli pokoleniom Polaków w ich życiu. I byłem tam nie jako dziennikarz, ale jako dramaturg. Nie, spokojnie, Wielkiego Splendora dostają zwykle aktorzy, nie autorzy. Ale można było podpytać u źródeł, czy realizacji jakiegoś nowego słuchowiska można się spodziewać. Może można. Ale o czym innym chciałbym tu napisać. Coś się zmienia. Po 12 latach robienia wywiadów z celebrytami... mam dość. Mam, kurwa, serdecznie dość! Zbiega się to z faktem zamkniecia miesięcznika "W podróży", gdzie publikowałerm ambitne, długie wywiady z pierwszą ligą. Mówią, że może pismo się odrodzi, ale ja w to jakoś nie wierzę, bo nie odrodziło się "Za miastem", gdzie też zamieszczałem fajne rzeczy. Koniec i kropka.
2010-11-26
Pierwsza redakcja

Tymon Nowak wstrzymał oddech. Do szumu w słuchawce dołączył odłos bicia jego własnego serca.
– Dobrze słyszałeś – rzekł przez ściśnięte gardło, by zaraz dodać hardo: – I co?
– I gówno. Myślałem, że ci na niej zależy.
Tymek nic nie odpowiedział.
– Jesteś tam? – zapytał tajemniczy rozmówca.
– No.
– To spójrz w okno.
Nowak podniósł wzrok, odsunął firankę, ale niczego szczególnego nie dostrzegł. W pewnym momencie pośród świateł, widocznych z okna zawsze, pojawiło się nowe, zielone. Mrugało miarowo.
– No i co? – rzucił do słuchawki aspirant.
– Lubisz kino?
– Co to ma do rzeczy?
– Jak lubisz, to chodź. Mają grać niezły thriller.
– Ale dokąd, kurwa?!
– Światło cię poprowadzi.
W słuchawce rozległ się przerywany sygnał. Nowak odłożył ją na miejsce, po czym wyłączył dyktafon. Spojrzał ponownie w okno. Światło nadal mrugało. Skąd płynęło? Jedyne, co znajdowało się w tym miejscu, była opuszczona rudera. Kilka razy nawet zastanawiał się, co się tam wcześniej znajdowało. Naraz przypomniał sobie rozmowę sprzed kilku dni, rozmowę z Kostkiem.
– Kino – powiedział na głos i zrobiło mu się zimno.
Walcząc z rękawami kurtki, zbiegł po schodach. W kilku susach pokonał podwórko i znalazł się na ulicy. Od razu dostrzegł dziurę w płocie, okalającym zdewastowaną budowlę, o której nie przez cały czas mieszkania we Włochach nie wiedział, że przed laty mieściła w sobie kino o nazwie "Olsztyn", a jeszcze wcześniej, przed wojną, kino "Ada". Czy ten telefon miał coś wspólnego z prowadzoną przez nich sprawą. I z Ewą?!
Ostrożnie przeszedł przez dziurę w drewnianym ogrodzeniu. Nogi od razy zapadły się w głęboki śnieg. Nie dostrzegł innych śladów. Idąc krokiem bociana, dotarł do głównych drzwi dawnego kina. Były uchylone. Pchnął je, nie dotykając klamki. Ustąpiły z dziwna jak na drzwi do rudery łatwością. Przed sobą widział nieprzeniknioną ciemność. Mimo to zrobił kolejny krok, po nim jeszcze jeden. Odruchowo dotknął łokciem boku, gdzie powinna znajdować się kabura, ale kość trafiła na próżnię.
Wtem poczuł nad sobą gwałtowny ruch powietrza. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, coś ciężkiego spadło mu na kark. Po chwili poczuł uderzenie czymś twardym w głowę. Film został zerwany.
2010-11-15
ZAiKS

2010-11-02
Skończona!
.jpg)
Zza Wieży Dowódców powoli wychodziło słońce. Jeszcze nie ostre, jakim potrafi być w czas upalnego, pogodnego lata, a nabiegłe pulsującą czerwienią, bo i ledwie niecały kwadrans wcześniej dźwignęło się dopiero znad linii horyzontu – poszarpanej przez drzewa, wieże kościołów i sylwetki co wyższych budynków pobliskiego miasteczka Hohenstein. Poranna rosa srebrzyła się na zielonych, tu i ówdzie wypalonych słońcem czterdziestu morgach Tannenbergu. Jednak nie tylko za sprawą kropelek wody, ale i maleńkich kryształków lodu; ich żywot był co prawda krótki niczym mgnienie lub, co byłoby chyba lepszym porównaniem, karabinowy bitewny wystrzał, ale był faktem, bowiem, mimo że lato trwało w najlepsze, wyraźnie czuło się oddech nadchodzącej jesieni. Szczególnie sierpniowym rankiem.
Zbliżała się szósta rano. Piaszczystą, waską drogą między Tannenberg-Denkmal a stojącym trzysta metrów dalej cokołem z kamienną rzeźbą, przedstawiającą przyczajonego lwa z lewą łapą spoczywającą na kuli, przemieszczały się dwa kształty ludzkie. Dwóch mężczyzn, co można orzec nie tylko przy bliższej obserwacji, zmierzało średniej szybkości krokiem ku głównej bramie budowli i pozostawionemu przed nią czarnemu daimlerowi. Jeden z nich nosił mundur wysokiego oficera Wehrmachtu, drugi, nieco niższy i tęższy, jasny letni garnitur i słomkowy kapelusz. Chłodny wiatr niósł skądś zapach jeziora.
– Uprzedzając pańskie pytanie, majorze von Below – odezwał się cywil, a były to pierwsze słowa, jakie człowiek ów wydobył z siebie od kilku minut – wyjaśniam, że mój brat, Helmut, służył jak gefreiter w sto czterdziestym siódmym pułku piechoty i zginął podczas tamtej bitwy z armią Samsonowa. Nie miał nawet dwudziestu lat...
– Tak. Rozumiem – odpowiedział człowiek w mundurze koloru feldgrau, nie spojrzawszy jednak nawet na interlokutora; maszerował na sztywnych nogach, wyprostowany niczym struna, wzrok miał wbity w jeden punkt, najpewniej był to samochód, którym dostali się na miejsce.
– Pana nazwisko, majorze, też kojarzy mi się z tym miejscem... – nie odpuszczał cywil, nie spuszczając wzroku z towarzysza; mężczyzna drobił kroki i przy posągowym von Belowie wyglądał, delikatnie mówiąc, groteskowo.
– Zgadza się, inżynierze Schmidt. Mój stryj, generał Otto von Below, był jednym z dowódców w tej bitwie – odparł głucho oficer, by zaraz dodać, dużo głośniej i dobitniej: – Zwycięskiej bitwie, panie inżynierze. Zwycięskiej.
Dotarli do samochodu, nie odzywając się już do siebie. Weszli do środka, trzasnęły jednocześnie zamykanie drzwiczki. Szofer zapuścił silnik i pojazd potoczył się po żwirowej drodze, ku otwartej w tej samym samym momencie bramie. Chwilę później daimler zatrzymał się na okrągłym dziedzińcu Tannenberg-Denkmal. Przypadkowego obserwatora zapewne zdziwiłoby to posunięcie: tak krótką odległość można było przecież z powodzeniem pokonać piechotą, tym bardziej gdy obaj mężczyźni wcześniej opuścili auto.
W tym kraju i w tym czasie nie mogło jednak dziwić już nic...
Wiedzieli o tym aż za dobrze i inżynier Wilhelm Schmidt z berlińskiej pracowni architektonicznej Waltera i Johannes Krügerów, którzy byli twórcami tejże budowli, i major Joachim von Below, z naczelnego dowództwa. Przejechali zatem przez bramę w wieży, będącej jednocześnie strażnicą, śledziło ich kilka par czujnych oczu. Schmidt i von Below stawili się wczesnym rankiem w tym miejscu, aby dokonać ostatniej inspekcji miejsca, gdzie za dwa dni odbędą się uroczystości pogrzebowe.
Przed trzema dniami, drugiego sierpnia 1934 roku, zmarł prezydent Rzeszy, feldmarszałek Paul von Hindenburg...
2010-10-25
Literaci & Literatura Warmii i Mazur

Dzieło obszerne, a w nim mój biogram. Zdjęcie jest też, a jakże. Chyba skan skanu. Jego autor jest dziś policjantem w Olsztynie, więc jak zacznie ścigać, to... :) Tymczasem autor monografii, olsztyński poeta Józef Jacek Rojek, cytuje dwa wiersze z tomu Jeziorak i pisze o mnie: Poeta, któremu przypisuje się pewną powierzchowność podjęcia tematu "małych ojczyzn", stąd dla Zbigniewa Chojnowskiego jest tylko: "inkrustacją poetyckiej narracji, pretekstem do uprawiania zliryzowanej publicystyki. Beśkę bardziej interesuje stylizacja niż epifania, czyli objawienie tematu". No cóż, dla prof. Chojnowskiego istnieje jedno: kto nie z nami, ten przeciwko nam; a Krzysztof Beśka jest naprawdę świetnym, samorodnym talentem poetyckim: trochę prześmiewczym, trochę ironicznym, trochę nostalgicznym - ale talentem poetyckim, i o to w sumie chodzi w poezji.
2010-10-20
"Fraza" nr 2/2010

2010-10-12
Po trasie
2010-10-05
Trasa z DKK

2010-09-21
Lewicowa wrażliwość

2010-09-17
W "Dzienniku"

2010-09-16
2010-08-20
Jerzy Ignaciuk 1951-2000

Z pewnym poślizgiem, ale za to szczerze. Trzy tygodnie temu minęła 10. rocznica śmierci olsztyńskiego pisarza, Jerzego Ignaciuka. Latem 2000 roku byłem w mieście przejazdem, znajoma brała ślub kościele NSPJ i tam właśnie zobaczyłem klepsydrę, która mnie poraziła. Miał 49 lat. W podobnych przypadkach zwykło się mówić i pisać, że umarł w pełni sił twórczych. Być może tak napisano i o Nim. Problem w tym, że może do pisania miał on jeszcze siłę, ale do życia już chyba nie. Mówiło się o alkoholzmie i innych podobnych sprawach. Nigdy nie poznaliśmy się osobiście, jednak "Martwe dzielnice" Ignaciuka to książka dla mnie magiczna i to przez nią czuje, że znałem go dobrze. Znam nadal. Prowadząc moje spotkanie w czerwcu, redaktor Wojciech Ogrodziński powiedział, że Fabryka frajerów pachnie Olsztynem. Być może tak jest. Ale "Martwe dzielnice" to Olsztyn sam w sobie, miasto, którego już nie ma, choć wciąż jest. Pisana w czasie, gdy Nagórki były peryferyjną dzielnicą, istniał DŚT przy Mickiewicza, gdzie jeszcze zdążyłem napić się wódki taniej i na ostatnim piętrze odwiedzić któregoś dnia Hieronima Skurpskiego w jego malarskiej pracowni. Wracając co jakiś czas do "Martwych dzielnic", wracam do czasu wczesnej, licealnej młodości. Ta lektura koi. Książka wydana została raz, siermiężnie, ale dla mnie jest piękną, na zewnątrz i w środku. I podejrzewam, że jestem w tym osądzie odosobniony. Trudno. Ktoś zapamiętał Ignaciuka dzięki jego wierszom, inny dzięki piosenkom śpiewanym przez kabaret "Czerwony Tulipan" do muzyki Stefana. Młodzież znala Ignaciuka jako kontynuatora serii o przygodach Pana Samochodzika. To wiele czy mało? Nie wiem.
2010-08-11
2010-08-04
"Pani" nr 8/2010, s. 84

2010-08-03
Czym jest życie

2010-08-02
Warszawa, 2 sierpnia 1944 roku

Niedaleki huk wybuchu wstrząsnął powietrzem. Wciąż nie potrafili się przyzwyczaić do odgłosów, przy których grzmoty podczas burzy to ledwie szept. Ktoś krzyknął – i nie była to dziewczyna, inny zaklął i splunął pod nogi, w kałużę po niedawnym deszczu, za co zresztą zaraz przeprosił. Jeszcze, dobrze wychowani, pamiętający świetnie szkołę, zwracali uwagę na takie szczegóły, konwenanse: u jednego objawiało się to tym, że przeszkadzała mu przybrudzona kurzem marynarka, osuwająca się wciąż z ramienia biało-czerwona opaska; inny nie potrafił się powstrzymać od podania ręki nieznajomej dziewczynie, aby jej pomóc w pokonaniu jakiej przeszkody, dziury w murze. Jeszcze...
– Dobra, może teraz się uda – rzucił do pozostałych Józef Dziduch, ponownie podnosząc do oczu aparat marki Leica. – Możecie się nie ruszać, panowie szlachta? – fuknął trochę gniewnie, trochę żartem.
– Rób, brachu, nie mamy czasu! – odkrzyknął Kazimierski, zastygając w bezruchu; przed sekundą zdążył jeszcze poprawić biało-czerwoną opaskę i węzeł krawata.
– A gdzieś ci się spieszy? – mruknął pod nosem Bronek Konopczyński.
Dziduch włączył samowyzwalacz, położył ostrożnie aparat na parapecie okna na parterze kamienicy przy Bielańskiej, po czym szybko podbiegł do pozostałych. Nie usłyszeli szczęknięcia mechanizmu, nie tylko przez kolejny wybuch, już trochę dalszy od poprzedniego, i poszczekiwanie karabinu maszynowego – co, już to wiedzieli, było tylko skromną przygrywką do tej zupełnie nowej symfonii miasta. Trzeba było też uwierzyć aparatowi "na słowo", że wykonał swoje zadanie i zarejestrował tę chwilę, jakże inną od tych wcześniejszych w ich życiu...
Dochodziła szósta rano, środa. Od kilkunastu godzin Stanisław Kazimierski, Józef Dziduch i Bronisław Konopczyński, trzej przyjaciele i jednocześnie nastoletni żołnierze Batalionu "Parasol" Zgrupowania "Radosław" Armii Krajowej, żołnierze bez broni, którym, niestety, w dodatku nie udało się dotrzeć wczoraj przed siedemnastą na miejsce zbiórki (Konopczyński tylko w kółko powtarzał, że Pług i Mirski, dowódcy batalionu i plutonu, nogi z dupy im powyrywają, tego można być pewnym! Jeden będzie trzymał, drugi ciągnął – wyjaśniał obrazowo), nie uśmiechali się do zdjęcia, sprawiali wrażenie niewyspanych (pierwsza noc poza domem, nie we własnym łóżku tylko pokotem na podłodze w pierwszym lepszym mieszkaniu w okolicach placu Bankowego, gdzie szczęśliwiec załapał się na kawałek dywanu; w dodatku jakiś nieznajomy grubas chrapał tak, że ściany drżały), ale tak naprawdę byli bardzo poważni i skupieni. Mimo że od kilkunastu godzin żyli w nowym, zupełnie innym świecie. W świecie bez ulicznych łapanek i egzekucji, tak na ulicach, jak w Palmirach, walenia w drzwi mieszkań nad ranem, zatrzaskiwania drzwi cel na Pawiaku, krzyku katowanych na Szucha, wywózek na robotu do Niemiec, głodu, upodlenia, beznadziei. Bez terroru. Serca chłopaków, jak chyba nigdy wcześniej, wypełniała euforia pomieszana z gniewem i rządzą odwetu.
Od strony Teatru Wielkiego dał się wyczuć jakiś ruch, poprzedzony przez odgłos kroków. Stanisław Kazimierski wykazał się refleksem.
– Baczność! – krzyknął.
Nie ustalali co prawda, że będzie ich dowódcą, nikt jednak nie zaprotestował; tym bardziej że Staszek nie pomylił się. Szedł do nich, sadząc długie kroki, odziany w czarną marynarkę, bryczesy i lśniące buty oficerki dowódca oddziału, do którego udało im się podłączyć w nadziei szybkiego zdobycia broni, a w perspektywie także i dołączenia do swoich. Towarzyszyło mu kilku innych ludzi, jeden z nich miał na sobie przedwojenny mundur z dystynkcjami sierżanta, inny płaszcz przeciwdeszczowy związany szerokim, skórzanym pasem z takąż kaburą; ciekawe, czy pełną? – zastanawiał się pewnie niejeden z młodych powstańców...
(z powieści Złota aralia)
2010-07-15
Grunwald 1410-2010

Przez całą noc męczyły go koszmarne sny.
Widział w nich rozległe, zielone, falujące łąki. Był dzień jasny, letni, upalny. Słońce wznosiło się od wschodniej strony, znad ciemniejącej na horyzoncie, grubej, choć nierównej kreski lasu, a w tym swoim śnie złym człowiek ów widział jego ruch niezwykle wyraźnie, przyspieszony, jakby nie słońcem było, a wielką, doskonałą w swoim kształcie kulą płonących ptaków – gołębi, a może wron. Trzepot ich skrzydeł. Nie, to nie skrzydła ptasie! To wiatr targał chorągwiami, zginał pierzaste czuby na lśniących w słońcu hełmach z przyłbicami. I to wiatr przecież marszczył zuchwale płaszcze jak śnieg, niwecząc kształt na nich – czarny krzyż, przed którym klękają całe narody z miłością lub jednako silną bojaźnią.
Mrowie ich prawdziwe, tysiące! Jak okiem sięgnąć, mrowie ich, Jezu Chryste! Jezu Chryste...
Brakło mu tchu. Wiatr zamarł nagle, obraz przekrzywił się nieco. Teraz żadnej, choćby najmniejszej fałdki na sztandarze czy rycerskim płaszczu. Tylko słońce, coraz wyżej, coraz bardziej palące. Zamknąć oczy, zacisnąć jak najsilniej do bólu gałek. Ale i to nie zdołało go obudzić i przerwać koszmaru.
Gdy na powrót je odtworzył albo raczej śnił, że je otwiera, słońca nie było już na niebie. Soczysto zielone łany przybrały kolor popiołu. Kiedy jednak spojrzał niżej, omal nie krzyknął z przerażenia. Wszędzie, jak okiem sięgnął, leżały ciała... Jedno obok drugiego, równo, głowa w głowę, jakby śpiący w karnym szyku, gotowi w każdej chwili jednak zerwać się na rozkaz i w takim samym szyku stanąć, bronią zadzwonić na chwałę i potęgę Zakonu, a na trwogę wrogom jego i całego chrześcijaństwa.
Ani oni wciąż tam leżeli na trawie, nieruchomi, dziwnie spokojni, z zamkniętymi oczami, którym już powieki podbiegały sinością ostateczną, a czarnymi krzyżami na piersiach leżących śmierć ułatwiała sobie ostateczny rachunek...
(z powieści Cygnus)
2010-07-13
Odnaleźć odpowiedź

2010-07-12
Ostatni seans

Weszli za płot. Rozbiórka musiała mieć miejsce całkiem niedawno, widok, który zobaczyli, kojarzył się bowiem, owszem, z filmem, ale wojennym, polskim. Wszędzie ścieliły się gruzy, z których wystawały poskręcane, metalowe pręty, fragmenty blachy. Tu i ówdzie oparły się sile niszczenia pojedyncze ściany, całość zaś, niczym pianka pantenolu na świeżej ranie po oparzeniu, otulał świeży śnieg. Dokładnie na środku tej ruiny uwijali się policyjni technicy.
– Znalazł go, a raczej zobaczył z okna domu, o tam – aspirant Nowak wskazał palcem stojącą obok kamienicę – jakiś starszy facet, emeryt. Już go Konieczko wstępnie przepytał na okoliczność. Morderstwa dokonano tej nocy, około godziny... – ostatnie słowa Tymek wypowiedział celowo nieco głośniej, dochodzili bowiem do policyjnego patologa, doktora Stańczaka.
– ... między dziesiątą wieczorem o drugą w nocy – dokończył lekarz, uzupelniając coś w trzymanych w rękach notatkach. – Przyczyną śmierci było wykrwawienie po...
– ...postrzale – zgadł Kostek Podbiał.
– W brzuch – uściślił Stańczak półgębkiem.
Podeszli bliżej. Policyjny technik strzelał ostatnią serię pamiątkowych fotografii. Zwykle nieboszczycy nie robili większego wrażenia na komisarzu Podbiale, zdążył się przyzwyczaić do ich widoku. Również i teraz układ trawienny Kostka pozostawał bezpieczny, nie tylko dlatego, że mężczyzna nie zdążył zjeść śniadania. Co innego zastanawiało w leżącej postaci – mianowicie pozycja ciała.
– Tak leżał? – chciał się upewnić Podbiał, co jednak spowodowało zbiorową reakcję pozostałych w postaci pełnych pretensji spojrzeń spod dacha.
– A co? Masz jakiś pomysł? – zainteresował Nowak, na co jego partner skinął głową.
2010-07-05
Piątek, 2:45

2010-06-25
Olsztyn 15.06.2010
2010-06-18
2010-06-16
2010-06-14
Spotkanie z czytelnikami
2010-06-01
2010-05-31
Fragment nowej powieści

Był już następny dzień, wtorek, gdy chłopaków śpiących pokotem między grobami (chyba nikt nawet nie pomyślał o duchach, ważne było, żeby przyłożyć głowę gdziekolwiek; zazdroszczono tym, którzy byli w tej chwili w niedalekiej fabryce Pfeifera, gdzie mieli przynajmniej jakiś dach nad głową...), obudził jeden z oficerów. Jego mundur jakimś cudem był świeżo wyprasowany lub tylko sprawiał takie wrażenie, czysty, a srebrne elementy lśniły w nikłym świetle, przez co Staszkowi Kazimierskiemu przez chwilę wydawało się, że to sam podporucznik Burza ich znalazł i za chwilę rozliczy z zadania. Zadania, którego nie wykonali i nic nie wskazywało na to, że je wykonają.
– Co się dzieje, do cholery? – zapytał niezbyt przyjaźnie i niezbyt regulaminowo Korab, mrugąjąc powiekami; przyświecił sobie małą latarką: stary zegarek chłopaka, wciąż jakimś cudem nawet nie draśnięty, wskazywał parę minut po północy.
– Oddział kapitana Jana z "Brody" szykuje wypad na kolejową linię obwodową, wiecie, tę z Woli do mostu przy Cytadeli – odpowiedział szeptem oficer, również trąc oczy. – Musimy zniszczyć pociąg pancerny, który ostrzeliwuje z ciężkiej artylerii nasze pozycje tutaj, na Woli, a także na Starówce i Żoliborzu. Chcemy wspomóc "Brodę". Potrzebni są ochotnicy...
Reszta chłopaków właśnie w tym momencie zaczęła się budzić. Bronek Konopczyński stękał, wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy. Wzrok Staszka powoli przyzwyczajał się do ciemności.
– Wymarsz za pół godziny z Okopowej w rejonie cmentarza żydowskiego – nadawał dalej przybysz, zupełnie jakby już ich zgodził. – Droga jest czysta, przynajmniej przez jakiś czas. Czy ktoś się zgłasza? – zapytał w końcu.
Odpowiedział mu jakiś ptak. Jaki? Cholera jedna wie! I o tej porze? Słowik to, a nie skowronek... Zresztą czy to ważne? Choć dziwne trochę, bo wszystkie się wyniosły, przepłoszone na początku walk niekończącą się kanonadą. Czemu ten człowiek przyszedł akurat do nich? Czy wcześniej pytał już kogo? – myśli przelatywały jedna za drugą, właśnie jak te ptaki, przez głowę Staszka Kazimierskiego.
Nie, nie spojrzy teraz w stronę chłopaków, mimo że niewiele widać, prawie nic. Nie weźmie tego na siebie! Przecież nawet nikt nie mianował go dowódcą...
Zatrząsł się cały. Pomyślą, że z zimna. Z pewnością tak właśnie pomyślą...
– Tak jest, panie poruczniku! – huknęło naraz spod tablicy o trudnym do odczytania, nie tylko ze względu na panujący półmrok, napisie.
To Anatol. Stał wyprężony na baczność. Liter AL nie było w tej chwili widać, zresztą opaska na rękawie chyba przekręciła się. Usta, przez które chłopak wyrzucił z siebie gniew, wciąż pozostawały otwarte jak u osoby bezrozumnej. Były takie, gdy oficer potrząsał energicznie ręką Anatola.
– Dziękuję wam, chłopcy – rzekł z zadowoleniem. – Wierzę, że się sprawicie. Będę wnioskował do dowództwa o "kawu". Dla wszystkich.
– A dacie broń? – zapytał Bromski, ale oficer go nie dosłyszał.