
„Zamilkli. Deszcz padał nieustannie i stworzył już po drodze kałuże wody. Głogowski spoglądał posępnie na miasto, rysujące się wieżami na zamglonym horyzoncie.
– Podłe miasto! – mruknął gniewnie. – Od trzech lat nie mogę go wziąć... Walczę, zabijam się... i pies mnie nie zna!
– Jak im pan będzie mówić, że są podli i głupi, to tym ich pan nigdy chyba nie zdobędzie...
– Zdobędę. Nie będą mnie kochać, ale liczyć się ze mną muszą, muszą i niech zdechnę! Najłatwiej to brać takie twierdze aktorom, śpiewakom i tancerkom; zdobywa się jednym występem wszystko.
– Ale na jeden dzień. Po zejściu ze sceny nie zostawia się śladu po sobie, jak kamień w wodę! – mówiła Janka z pewną goryczą, wpatrując się w coraz bliższe, stłoczone mury Warszawy...”