2011-09-23

Pierwsza księga

Gdybym był megalomanem, zacząłbym: "Kiedy pytają mnie, nad czym aktualnie pracuję...". A potem pewnie użyłbym słów "gorąco namawiają mnie, żebym...". Na szczęście nie jestem i mam nadzieję, że nigdy nie będę. Poza tym na palcach rąk można policzyć osoby, których w ogóle obchodzi, co robię, co piszę i czy piszę. Nie, to nie jesienna chandra. Tak po prostu jest. Kurwa, że dodam dla lepszego efektu. Ale mam tego bloga i mogę sobie tu pisać, co chcę. I napiszę, że właśnie skończyłem I księgę (z trzech) nowej powieści. To druga część thrillera, którego akcja rozgrywa się w Łodzi końca XIX wieku. Tytuł: Pozdrowienia z Londynu. A tu świeży fragment, pewnie z błędami i niezgrabnościami, ale mam to w dupie: – Nasz klient nazywa się Antoni Metz, handluje mąką, z której wypieka się chleb, który na co dzień jemy – perorował Riepin. – Odwiedziwwszy mnie przed dwoma dniami, skarżył się, że zaginęła mi bardzo cenna, rodzinna pamiątka. Nie może zgłosić sprawy w cykrule, gdyż, jak twierdzi, jest ona bardzo delikanta...

– Jakieś podejrzenia? – chciał wiedzieć Stach.

– Oczywiście. Pan Metz podejrzewa osobę, jak to sam określił, z towarzystwa, w związku z czym nie chcie doprowadzić do skandalu, gdyż, cytuję: to zaszkodziłoby wszystkim...

– A co podejrzewa najlepszy detektyw w tym mieście? – zapytał Berg; wiedział, że jego wspólnik lubi być od czasu do czasu w ten właśnie sposób mile połechtany.

Jewgiennij Aleksandrowicz wzdął policzki, spojrzał w okno powozu, sapnął, wreszcie ciągnął dalej:

– Sprawdziłem, kim jest szanowny pan Metz. Człowiek ów ma skłonność do pokera, a i nie odmawia towarzystwa panien, z którymi nie trzeba się wdawać w filozoficzne spory.

– Tak można powiedzieć o większości ludzi, którzy w tym mieście noszą spodnie i używają brzytwy – wtrącił Stach.

– Tak, to prawda – rzeł Rosjanin i odchrząknął. – Wracając do rzeczy, jestem więcej jak pewny, że ową cenną pamiątkę człowiek ten po prostu przegrał w karty, a teraz chce za wszelką cenę odzyskać. Miałem już kiedyś taką sprawę i wiem, że ta nie pachnie wcale ładniej. Czasami ludzie nie wiedzą, czym się zajmuje prywatny detektyw...

2011-09-09

Rower Prusa

Mam dwudziestoletni rower, tajwański, górski, chyba jeden z pierwszych w Polsce. Gdy zaraz po odebraniu wiozłem go pociągiem, ludzie pytali, co to jest. Dziś rowery górskie stanowią chyba z 80% wszystkich. A ja mam już dość pochylania się, spinania, dyszenia. Nie będę się kreował na sportowca. Dlatego wymieniłem kierownicę na miejską "holenderkę". I tak jest dobrze. Po drugie – właśnie skończyłem czytać Ze wspomnień cyklisty, zapomnianą nowelę Bolesława Prusa z 1902 roku. Czytam Prusa, by zbliżyć się do realiów przełomu wieku XIX i XX, co jest mi potrzebne do pisania drugiej części powieści Trzeci brzeg Styksu. Prus opisuje świetnie okolicę podwarszawską, choć całość naiwna jest i irytująca. Ale fragment jeden wpadł mi w oko: "Nie wiem, czy który z uczonych lub poetów zwrócił uwagę, że rower jest nie tylko istotą żyjącą, ale – bardzo wrażliwą, bardzo subtelną. Łączy on w sobie przymioty arabskiego konia i ptaka. Jest tak lekki, że prawie unosi się w powietrzu – czasie wyścigów okazuje szaloną ambicję – na równej drodze toczy się jak kula, na nierównej drży, na niepewnej chwieje się, pod górę wdrapuje się z trudnością, jak szlachetny rumak, którego zaprzągnięto do wozu. Ale za to z góry – leci na skrzydłach..."

2011-08-22

Kwidzyn

Kiedyś pani w radiu zarzuciła mi, że napisałem słuchowisko o pewnym zjawisku, z którym nie miałem styczności; chodziło o teatr w domu. Poniewczasie przyszedł mi do głowy argument, że przecież Lem też nie był w kosmosie, a pisał o nim – i to jak! Ale rzeczywiście lepiej wiedzieć, o czym się pisze. Czytelnicy sa czujni. Wykorzystując zatem chwilę wolnego, udało mi się dotrzeć do Kwidzyna, gdzie rozpoczyna się akcja mojej powieści Ornat z krwi, którą za jakieś 7-8 miesięcy wyda krakowski Insignis. Widziałem kryptę wielkich mistrzów, których odnalezienie mnie zainspirowało; jest już gotowa, Heinrich von Plauen czeka na gości. Niestety, jak widać na zdjęciu, nie wszystkim się wycieczka podobała... Na osłodę może fragment.
– Co znaleźliście? – zapytał dziennikarz, podsuwając rozmówcy mikrofon z kolorowym logiem stacji pod sam nos.

– Rozpoczynając nasze poszukiwania, chcieliśmy ustalić miejsce spoczynku słynnej średniowiecznej mistyczki, błogosławionej Doroty z Mątowów, która w 1394 roku dała się żywcem zamurować w celi – rozpoczął z lekką sapką profesor. – Tymczasem w krypcie natrafiliśmy aż na dwie trumny, położone bardzo blisko siebie, a w nich kompletne szkielety. Wiadomo, że w katedrze pogrzebano wielkich mistrzów krzyżackich. W istocie, w trumnach znaleźliśmy zapinki zakonnych płaszczy i fragmenty skórzanych pasów rycerskich. Teraz czekamy na badania antropologiczne szkieletów, a także ekspertyzę dendrochronologiczną, którą z dokładnością do jednego roku pozwoli określić czas ścięcia drzew, z których wykonano trumny.

– Kim są... to znaczy kim byli pochowani? – zapytał z dziennikarz bez mrugnięcia okiem, co więcej: z dramatyzmem, jakby przed chwilą znaleziono zwłoki ofiar seryjnego mordercy i gwałciciela, nie zaś średniowieczne truchła,

– Po wstępnych konsultacjach z historykami, możemy domniemywać, iż są to szczątki wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego: Wernera von Orselna i Ludolfa Königa von Wattzau...

2011-07-14

Szanty Vol. 2

Przegapiłem marcową premierę, ale lepiej późno niż wcale. Agencja MTJ wydała płytę z piosenkami żeglarskimi, gdzie pośród szesnastu pozycji są też moje Mikołajki (muzyka Marek Matyjewicz). "Król Sielaw wita, chłodzi się już jasne full..." – śpiewa Shantaż. I niech wszystkim idzie na zdrowie!

2011-07-08

Złota aralia

Jak walić, to obiema rękami. Prawy prosty, po nim lewy sierpowy. Dlatego po Ostatnim seansie, w sprawie którego czekamy jeszcze chwilę z hasłem: drukować!, wyjdzie, również w Nowym Świecie, druga część przygód komisarza Konstantego Podbiała, Złota aralia, warszawski kryminał ze wstawkami retrospektywnymi z Powstania Warszawskiego. Oto mały fragment:
Kostek wyjął z kieszeni złożoną kartkę papieru i rozprostowując ją na leżysku wersalki, obok laptopa.

– Pamiętasz ten rysunek, który skopiowałem z wewnętrznej strony okładki zeszytu, gdzie Kazimierski opisał pierwsze dni powstania? – zapytał Joannę. – Przypomniałem sobie o nim, gdy twój dziadek opowiadał o mapie, którą znaleźli nad ranem dziewiątego sierpnia w budce bahnschutzów przy linii obwodowej. Na mapach, nie tylko sztabowych, pewne znaki oznaczają konkretne miejsca. Przykładowo krzyżyk przy krzyżyku to cmentarz, kółko z krzyżykiem na górze to kościół albo kaplica.

– Tak, uczą tego już w podstawówce, na lekcjach geografii... – zgodziła się podporucznik Rieff.

– Oraz w szkółkach niedzielnych w Szczytnie i Emowie pod Wiązowną – dokończył nie bez złośliwości komisarz. – W każdym razie mając tę wiedzę, można też stwierdzić, co oznaczają kółka i gruba czarna linia z poprzeczkami w równych odstępach.

– Las, ogród, park.

– W każdym razie duże skupisko drzew. Przerywana linia to tory kolejowe. Wiem, wiem, może to być zupełny przypadek, a takich miejsc jest w Warszawie wiele. Jeśli jednak połączymy to z faktem, że oddział Kazimierskiego był na dalekiej Woli w okolicach dziewiątego, dziesiątego sierpnia...

Spojrzała na fotomapę Warszawy.

– Zaszyfrowana mapa?

– Od początku tak uważałem, ale jakoś nie było czego się chwycić.

– Możesz powiększyć trochę zachodnią część miasta?

Zrobił to. Przez chwilę wydawało im się, że spadają z ogromnej wysokości.

– Poczekaj! – Joanna wycelowała palcem w jakiś punkt na ekranie, przechylił głowę w lewo. – Co to jest?

Uśmiechnął się chytrze, robiąc identyczny ruch głową.

– To jest drugi gwóźdź, na którym chcę zaczepić swoją teorię. Coś, co z początku wzięliśmy na przekrój poprzeczny łodzi, jest czymś zupełnie innym i, jak widzisz, doskonale odznaczającym się na mapie Google. Może dzięki temu, że kształt ten tworzą kanały.

– Fort?

– Bema. Wszystkie inne, a położone w pobliżu, jak Radiowo, Wawrzyszew czy Chrzanów, wyglądają nieco inaczej. Spójrz.

– To prawda. A co oznacza right 2? Może dwa kilometry na prawo...

– Wystarczy sprawdzić podziałkę i zmierzyć!

2011-06-29

Wystawa

W holu Biblioteki Miejskiej w Mrągowie przy ul. Warszawskiej 26 można oglądać wystawę Mrągowscy Twórcy Literatury przedstawiającą sylwetki i twórczość mrągowskich pisarzy. Są tam krótkie biogramy i książki ludzi tworzących w Mrągowie, bądź z Mrągowa się wywodzących. Jako urodzony w tym mieście, mam honor też tam być, ale... No właśnie. Wszystkie moje książki są akurat wypożyczone, więc nie było czego włożyć do gabloty. A zatem mamy tylko biogram z fotką i skan okładek książek. Wystawę można oglądać do końca wakacji.

2011-06-20

Leonard i Bogdan

Sobotni wieczór z widokiem na Mały Jeziorak. A że w telewizorze nic, słucham radia. Radia Gdańsk, bo ściągam i bardzo lubię. Najpierw Kazik śpiewa Zegarmistrza światła. Wielkim zaszczytem jest dla mnie, że znam osobiście autora tekstu tej piosenki, starej jak ja. To Bogdan Chorążuk, poeta, malarz, autor tekstów piosenek, wielki smakosz życia. Maluje na skaju, pije wino, kocha kobiety, a rachunki płaci, biorąc... ZAiKS za piosenkę tytułową serialu Plebania. Wiele razy odwiedzałem Bogdana w jego samotni na wysokim piętrze wieżowca na Mokotowie.
Jako że akurat Sting koncertował w Gdańsku, audycja obfitowała w jego piosenki. Przy jednej z nich, Sisters of Mercy, prowadzący zadał zagadkę: kto jest autorem i pierwszym wykonawcą tego utworu. Jak nigdy nie biorę udziału w konkursach sms-owych, tak teraz, owszem. Tym bardziej, że prowadzący podpuszczał: nie, to nie jest Bob Dylan... Oczywiście, że nie, bo Leonard Cohen. Tak też napisałem i... wygrałem ten konkurs!
Cohen i Chorążuk mają wiele wspólnego: obaj urodzeni w 1934 roku, piszą piosenki, artyści prawdziwi. Oby byli z nami jak najdłużej.

2011-06-13

Ostatni seans w komórce

Jak donosi Wydawca, Ostatni seans niebawem trafi do druku. Książka będzie dostępna również we wszystkich możliwych formatach – i na czytniki e-booków, i na tablety, i w wersji multimedialnej na iphone’a i ipada. No, a jak ktoś bardzo będzie chciał, to autor może przyjść i poczytać do poduszki :)

2011-06-09

Znad Jezioraka

Wreszcie dotarła do mnie antologia poezji znad Jezioraka Błękitna nostalgia. W środku sześć moich wierszy: pięć z tomu Jeziorak (2000), jeden z Urbi et Orbi (1998). Książka wydana bardzo porządnie, opatrzona licznymi fotografiami, ma klimat. Z antologiami jest zawsze ten kłopot: debiutować w nich można, ale szansa, że ktoś zwróci na twoje wiersze uwagę, jest bardzo mała. Co innego, gdy taka przygoda ma miejsce w momencie, gdy człowiek już przestał, jak ja, pisać wiersze. To swego rodzaju podsumowanie pewnego okresu twórczości, a i dowód, że wciąż mi nad Jeziorak blisko.

2011-06-07

Mały lifting...

... bloga, czyli czas na zmiany.

2011-05-20

Po spotkaniu

Krótka trasa w ramach DKK należy już do przeszł0ści. Spotkanie w Bibliotece Publicznej w Mrągowie, poprzedzone wywiadem w radiu Planeta, bardzo, bardzo udane, a przede wszystkim inne. Mnóstwo pytań, 0 wszystkie książki, pytania, których nikt nigdy nie zadał, włącznie z tym, czemu tak eksploatuję twórczo papieża. Ogromny tort z moim imieniem i nazwiskiem wypisanym kremem na polewie. I mało czasu, by zjeść kawałek, bo wciąż nowe pytania. Dwie godziny bite. Oby tak częściej! Dziękuję z całego serca wszystkim.

2011-05-12

Trzeci brzeg Styksu

Na liczne pytania, czym jest Trzeci brzeg Styksu, książka, którą właśnie skończyłem, odpowiadam: to nie jest kryminał retro! Nie mam zamiaru wchodzić w szkodę ani naśladować Marka Krajewskiego, choć on sam w recenzji książki Marcina Wrońskiego napisał: "twórców tego typu literatury jest w Polsce najwyżej kilkunastu, a rzesza potencjalnych odbiorców (...) milionowa". Moja nowa książka to mroczny thriller rozgrywający się w 1892 roku w Łodzi tysięcy dymiących kominów, setek pracujących pełną parą fabryk włókienniczych, rozkwitających i upadających fortun, wreszcze czterech kultur – polskiej, żydowskiej, niemieckiej i rosyjskiej – słowem: w okresie największego rozkwitu tego miasta, które jest mi bliskie z powodów rodzinnych. Reymont w Ziemi obiecanej opisał pięknie Łódź, jednak prawie nie dotknął mrocznych spraw tego miasta. A przecież Karol Borowiecki też nosił rewolwer! Trzeci brzeg Styksu, powieść otwierająca cykl przygód polskiego detektywa Stanisława Berga, to wreszcie suma fascynacji tekstami Arthura Conan Doyle'a, Edgara Allana Poe, a także polskich pozytywistów i modernistów, tak bardzo dziś niedocenianych.

2011-05-09

Bohaterowie nie są zmęczeni

W sobotę odbył się zlot absolwentów rocznika OLW, czyli bohaterów Fabryki frajerów. Wspomnienia, picie, śmiech. Wszystko, co ważne, na terenie byłej szkoły, gdzie działa restauracja myśliwska. I jeden z najczęstszych tekstów: "Oj, zapomniałem zabrać książki do podpisania!". Spokojnie, okazji nie zabraknie. Wiem to. Jeden z kolegów-bohaterów, kapitan Dariusz W., który zaraz po przeczytaniu powieści chciał rozłożyć ją na czynniki pierwsze, wstrzymał się z tym, a dzięki temu trafiła do niego prawda jej temat: że to powieść nie o liceum wojskowym, o dorastaniu pokolenia czy piciu, tylko o relacjach Krzysztofa Beśki z... kobietami. A może i ma rację? Inny kolega, nadkomisarz Tomasz S., powiedział, że książkę przeczytał dwa dni temu. I tak jak Wielki Post przygotowuje to Wielkanocy, tak Fabryka... przygotowała go do tego spotkania. To piękne! Pozdrawiam Was wszystkich i dziękuję za cenne uwagi.

2011-05-06

Wrzawa wśród książek dziesięciolecia?

Pisze dr Dariusz Nowacki w eseju Pierwsza dekada opublikowanym na stronach Instytutu Goethego: “Około roku 2002 ujawniła się z całą mocą tendencja ideowo-tematyczna, którą można nazwać nurtem interwencyjnym (w nowej prozie polskiej). Ów nurt zachowuje żywotność do dziś i nie jest oczywiście orientacją jednolitą. Utwory literackie należące do tego kręgu można by przedstawić jako swoiste „donosy na rzeczywistość”. Część z nich została wymierzona w kapitalizm korporacyjny, konsumpcję, globalizację i niesprawiedliwość społeczną (nośny okazał się zwłaszcza temat wykluczenia ekonomicznego). Krytyką źle – by nie powiedzieć: fatalnie – urządzonej kapitalistycznej Polski zajęli się m.in. Edward Redliński (Transformejszen, 2002), Daniel Odija (Ulica, 2001; Tartak, 2003), Mariusz Sieniewicz (Czwarte niebo, 2003), Sławomir Shuty (Zwał, 2004), Krzysztof Beśka (Wrzawa, 2004), Filip Onichimowski (Zalani, 2005), Dawid Bieńkowski (Nic, 2005), Marek Nowakowski (Psie Głowy, 2008). Dość powiedzieć, że w połowie obecnej dekady mieliśmy do czynienia z prawdziwym zalewem książek, dla których szybko wymyślono wspólne miano: proza antykapitalistyczna, niekiedy zwana też prozą antykonsumpcyjną lub antykorporacyjną. Ulubionym tematem (nie tylko młodszych pisarzy) stała się praca – jej brak i wynikające stąd frustracje i poniżenia albo jej nadmiar (w polskich oddziałach zachodnich korporacji) również prowadzący do rozlicznych nieszczęść takich, jak psychiczna degradacja czy rozpad osobowości. Innymi słowy, pisarze próbowali i nadal próbują odsłonić brzydszą twarz „nowej Polski”, chcą ujawnić skandale i błędy transformacji ustrojowej, także tej, która dokonała się w wymiarze czysto politycznym. (...) Bez wątpienia proza polska ostatniej dekady zwróciła się ku aktualnym konfliktom i dylematom, znalazła upodobanie w tu i teraz”.


2011-05-05

Błękitna nostalgia

Choć już liryki nie uprawiam, doszła do mnie miła wiadomość. Ponad sto wierszy znalazło się w antologii poezji znad Jezioraka Błękitna nostalgia. Jak czytam w artykułach na ten temat: jest to zbiór utworów kilkudziesięciu poetów, którzy w Iławie i nad Jeziorakiem odkryli w sobie moc poezji. Zbiór został wydany przez Roberta Kowalskiego przy współudziale Wiesława Niesiobędzkiego, a wśród wierszy – także kilka moich. Józef Jacek Rojek w recenzji tej pozycji zamieszczonej w najnowszym “Akancie” pisze: "Antologia poezji znad Jezioraka jest mi bardzo bliska i nostalgiczna jednocześnie (...). Dla mnie zwidziały się przygody Pana Samochodzika, jako redaktora pierwszej serii książek przygodowych Zbigniewa Nienackiego z początku lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia, kiedy ów autor mieszkał i pisał je na Jeziorakiem. Ot, czy podczas lektury owe nostalgie nie zanadto zalatują „mdłą cukierkowatością” aby? Dlatego dla odmiany podaję inny ton, ton Krzysztofa Beśki z Iławy/Olsztyna, zawarty w wierszu „Październik”. (...). No a gdyby coś z „Dziejów tej krainy”, to proszę bardzo; i niech to będzie wspomniany już Krzysztof Beśka w wierszu „Smolny róg”, który, jak poznałem jego twórczość, najbardziej jest uczulony na nasz los uwity w dzieje nie tylko regionu (...)"


2011-05-04

Ornat z krwi – cieszymy się!

Sygnały pojawiały się od jakieś czasu, także w mediach. Najpierw sam, przed rokiem, chwilę po odebraniu Wawrzynów, powiedziałem Markowi Barańskiemu z “Gazety Olsztyńskiej”: — Nigdy nie porzuciłem Warmii i Mazur, choć od dziesięciu lat mieszkam w Warszawie. Wracam tu moimi książkami, w tym napisanymi w konwencji dreszczowca książkami o świętym Wojciechu i Koperniku. Właśnie je ukończyłem... Potem olsztyński kwartanik “VariArt” opublikował fragment, pod jeszcze roboczym tytułem Cygnus. Wreszcie, w lutym, Paweł Jaszczuk, zaprzyjaźniony prozaik, zapytany w jednym z wywiadów, czemu nigdy nie myślał o kryminalnej serii ulokowanej w zautkach przedwojennego, niemieckiego Olsztyna, powiedział: – Z nieoficjalnych informacji wiem, że nad takim historycznym kryminałem pracuje obecnie Krzysztof Beśka... To tylko część prawdy, bowiem Ornat z krwi to powieść sensacyjna, pierwsza z trzech, rozgrywająca się współcześnie, choć ze wstawkami retrospektywnymi, na Warmii, Mazurach, Żuławach i Pomorzu Gdańskim. I wreszcie mogę powiedzieć, że zostanie opublikowana przez krakowski Insignis, wyłącznego polskiego wydawcę książek Jeremy’ego Clarksona, Assassin’s Creed: Renesans Olivera Bowdena oraz serii Metro 2033-2034 Dmitry Glukhovsky’ego. Bomba wybuchnie już za jedenaście miesięcy, w Kwidzynie...

2011-04-13

Sumując

W przededniu ważnych dla mojej twórczej drogi decyzji, pokuszę się chyba o małe podsumowanie. Jakiś rok temu dowiedziałem się o tym, że Fabryka frajerów pretenduje do Wawrzynu 2009, Literackiej Nagrody Warmii i Mazur. Jak to się skończyło, wiemy. Czy pomogło? Sam nie wiem. Pewnie tak. Kto się jeszcze nie przekonał do tej książki, tutaj http://www.nowy-swiat.pl/fragmenty/ znajdzie jej kolejne fragmenty. Nie przekona się zapewne tych parę osób, które obiecały recenzje, wręcz biły się w piersi, a do dziś nie kiwnęły palcem. Już jestem w stanie znieść biurwę z "Gazety Wyborczej", która przez telefon słodkim głosikiem powiedziała, że recenzja raczej nie powstanie, niż kolejne zapewnienia Leszka Żulińskiego czy Piotra Dobrołęckiego. Nauka dla mnie: nikt z tych panów więcej mojej książki do recenzji za darmo nie dostanie. Chuj, niech stracę. Ale nikt nie będzie po mnie jeździł. Zresztą wiem, czemu tak się stało. Bo książka za gruba, bo czytać trzeba! Izabela Szolc na przykład książki nie przeczytała, a recenzję opublikowała w "Bluszczu". Podobnie Mieczysław Orski w "Odrze", złą. Ale, jak to mówią, ważne, że nazwiska nie przekręcił! Dobrze mówię?

2011-03-29

A życie swoje...

Wszystko wskazuje na to, że pamiątkowy pierścień prymasa Wyszyńskiego, skradziony z katedry w Gnieźnie, został rozmontowany, przetopiony, a brylanty z niego sprzedano za bezcen w Holandii. Złoto-srebrny pierścień, wysadzany brylantami, z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej pochodził z 1966 roku. Jego wartość materialna szacowana jest na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Pierścień był darem biskupów polskich, dla kardynała Stefana Wyszyńskiego z okazji 1000-lecia Chrztu Polski. Złodzieje nie uszanowali świętości. Tak jak ci z Ornatu z krwi:

Było coraz zimniej. Marzec marcem, ale kościół nie był ogrzewany – tym bardziej teraz. Młodszy z braci zaczął przestępować z nogi na nogę, para ulatująca ust przy każdym oddechu wirowała w świetle latarki wycelowanej wciąż precyzyjnie w górną część konfesji.

Drapieżne ptaki okazały się nie tak silne i dumne, jak wyobrażano je w herbach państwa Polan od setek lat. Kilka minut wystarczyło, by relikwiarz świętego Wojciecha zakołysał się w rękach złodziei. Zakołysał się i, cenny metal miał wszak swoją wagę, przydusił mężczyzn do ziemi, mimo że w rzeczywistości znajdowała się ona kilka dobrych metrów niżej. Sapiąc i stękając, zdołali jednak uchronić skarb przed niechybnym upadkiem i roztrzaskaniem się o posadzkę kościoła. Aby jednak zdobycz mogła znaleźć się na dole w nienaruszonym stanie, potrzebna była pomoc.

– Dawaj tu, brat!

Przypomnieli sobie, kurwa – pomyślał ze złością Zbyszek, w tej samej chwili zgarbił się i struchlał, jakby bał się spadającego na kark ciosu. Bóg przecież słyszy wszystko, nawet myśli...

Kiedy srebrna trumienka z postacią półleżącego świętego na wieku znalazła się na podłodze, wszyscy trzej mężczyźni ciężko sapali ze zmęczenia. Czekała ich jeszcze powrotna droga. Na szczęście planowali pokonać ją już nie małpim sposobem, jak to nazwał Roman, ale zwyczajnie, przez drzwi. Niewielkie i mało widoczne, umiejscowione były w bok od głównej nawet, zamknięte tylko na zasuwę, od środka.

– Ciężkie cholerstwo – stęknął Zbyszek, usiłując dźwignąć okryte na powrót w folię trofeum.

– Co się dziwisz – prychnął Romek. – Nieboszczyk swoje waży.

Bracia nie przeżegnali się tylko dlatego, że ręce urywał im właśnie ciężki srebrny relikwiarz...

2011-03-17

Ornat z krwi

Zaczęło się od książek Dana Browna, który deptał wszystko, przed czym inni klękali. Pomyślałem sobie: a gdyby tak spróbować iść tym tropem, ale tylko na naszym, polskim poletku? Potem lektura Turbota Güntera Grassa, który za śmierć świętego Wojciecha nie wini pruskiego wojownika, a... kobietę, która zatłukła praskiego biskupa chochlą chwilę po tym, jak wyszedł z jej legowiska. Wreszcie rozmowa, dokładnie w autobusie jadącym Trasą Łazienkowską, z kolegami. – Napisz książkę, w której ktoś rozwiązywałby zagadki historyczne, wspierany przez piękną panią archeolog, jednocześnie umykał prześladowcom. To byłoby coś! – przekonywali. No to napisałem! Dzisiaj już wiem, że się ukaże. Długo wyczekiwany telefon zadzwonił, a mail nadszedł. Szczegóły – niebawem.

2011-02-10

II redakcja

Jutro odbieram II redakcję Ostatniego seansu. Trzeba będzie poszukać bobów, niezgrabności, zaznaczyć miejsca, gdzie wstawi się obrazki (takie jak ten obok). Bo to będzie książka z obrazkami. Wreszcie zastanowić się, czy czegoś nie wywalić. Tego fragmentu na przykład nie wyrzucę:

Mimo to czuł, że nie pasuje do tego towarzystwa. Podczas gdy Kaśka brylowała w gronie znajomych, jego stać było tylko na nieme potakiwanie. Mieli swoje tematy, plotki, wyrzekali wspólnie na reżyserów, producentów i dyrektorów teatrów. A najczęściej na siebie nawzajem – w zależności od składu ekipy plotkującej. Początkowo go to bawiło, potem czuł coraz większy niesmak i złość. Zastanawiał się, co mówią o nich, chwilę po tym, jak się z Kaśką oddalą. Ona się tym nie przejmowała, tak przynajmniej twierdziła.

Z wierzchu cały ten świat wyglądał pięknie: błysk fleszy, czerwone dywany (bo i takie bywały, czemu nie?!), eleganckie kreacje, fryzury, przyprawiające o zawrot głowy zapachy. Ale świat aktorów, slawy miał i inną stronę. Kiedy pierwszy raz Kasia opowiedziała mu o jednym z castingów, w którym uczestniczyła, nie miał wątpliwości, z czym go porównać: targ niewolników to było najdelikatniejsze skojarzenie, które mu się nasunęło. Innym, o którym już nie powiedział żonie z dwóch powodów, był moment, kiedy zapijaczony, rozwalony na sofie klient z szeregu kurew wybiera tę jedną, jedyną. Tę najmniej straszną...

A srał was wszystkich pies, kurwy, gotowe dać dupy każdemu, od którego zależy cokolwiek, co wiąże się z filmem, telewizją czy reklamą. Mózgu używa taka tylko do liczenia kasy i po to, by nie pomylić się, gdy reżyser na planie serialu każe przejść z punktu A do punku B. Modrzejewskie, jedna z drugą, co jeszcze wczoraj srać chodziły za chałupę, a dziś nie przestają odgrywać tragedii nawet w domu przy obieraniu ziemniaków, nie zdejmują ciemnych okularów nawet w metrze, zresztą rzadko korzystają z tego środka transportu, bo to dobre dla szaraków, tłumu, całego tego tałatajstwa. Oczy wokół głowy, uszy jak anteny i tylko kombinuje jedna z drugą, jak tu trafić promocyjne zakupy, darmowe SPA czy sponsorowany wyjazd na narty w Alpy – dobra dostępne tylko dla gwiazd! Przecież wiadomo, czemu tak naprawdę służy mizdrzenie się do obiektywów fotoreporterów, chodzenie na każdy, najpodlejszy nawet raut, organizowany przez hurtownię skarpet, ocieranie się w tłumie o znanego reżysera, wciskanie papuzich wizytówek, posyłanie kuszących uśmiechów do śliniących się buców z grubym karkiem i jeszcze grubszym portfelem czy inne metody godne Maty Hari, żeby tylko, żeby w końcu, żeby zawsze...

2011-02-03

Jedna trzecia

Co prawda malarz nie robi wiele szumu, gdy zapełni płótno w jednej trzeciej (bo popija zwykle bez okazji), a aktorzy i reżyser, którzy pracują nad sztuką, pójdą się nawalić niekoniecznie z powodu nauczenia się ról na pamięć. Ale ja wyskukałem właśnie 33% nowej książki, no to pochwalę się fragmentem, jeszcze nieocyzelowanym, niepasteryzowanym. Wolno mi, nie?

Był wczesny wieczór, gdy Jewgiennij Aleksandrowicz Riepin opuścił cukiernię Roszkowskiego i znalazł się z powrotem na ulicy. Ruch na Piotrkowskiej niewiele osłabł: każdą dokądś zmierzał w wielkim w pośpiechu, jakby był to początek dnia, a nie jego schyłek; furkotały na wietrze poły płaszczy, surdutów i hałatów. Ktoś spóźniony na spotkanie pokrzykiwał, usiłując zatrzymać przejeżdżającą dorożkę. Wszystko to jednak i tak nie dorównywało temu, co dzieło się w głowie detektywa, gdzie jedna myśl goniła następną. Działo się tak zawsze, gdy Riepin przymierzał się do nowej sprawy. Nawet nie zauważył, jak podszedł do niego jego astystent.

– Dobry wieczór, szefie – przywitał się Stanisław, unosząc na chwilę prawą rękę do ronda kapelusza.

– Jaki miałeś dzień, przyjacielu? – chciał wiedzieć Jewgiennij.

Jabłonowski zaczerwienił się, czego na szczęście nie było widać w świetle gazowej latarni, którą właśnie zapalał przy nich człowiek wyposażony w specjalną drabinkę i długi drążek.

– Jak nasza piękna para? – Rosjanin najwyraźniej nie miał zamiaru przestać go gnębić.

– Jak zwykle – odpowiedział cicho młody mężczyzna, jednocześnie modląc się w duchu, by jego pryncypał nie zaczął wypytywać go o szczegóły.

– Damy jeszcze gołąbkom w spokoju pogruchać, co?

– Oczywiście, szefie.

Riepin uśmiechnął się, zdjął z głowy melonik, otarł chustką czoło z potu, którego kropelki na chwilę rozbłysły w świetle kolejnej zapalonej gazowej latarni na Piotrkowskiej, po czym wyrzucił z siebie jednym tchem:

– Ta sprawa może poczekać. Mamy teraz coś o wiele bardziej poważnego, mój młody przyjacielu. Chodźmy! – rzekł i pociągnął go lekko za łokieć.

Ruszyli niespiesznym krokiem główną ulicą miasta w kierunku południowym, szybko mieszając się w tłum.

– Przez cały dzień czułem, że dostaniemy specjalne zamówienie i nie pomyliłem się – powiedział Rosjanin. – Parę minut po obiedzie do drzwi naszego biura zapukała żona inżyniera Szałkowskiego z fabryki Silbersteina. Kiedy tylko ją ujrzałem, wiedziałem, że stało się coś złego.

– Z dobrą nowiną chyba nie przychodzi się do prywatnego detektywa – zauważył przytomnie i złośliwie Stach, ale Riepin puścił tę uwagę mimo uszu.

2011-01-12

W poszukiwaniu inspiracji

– A oni w tej Warszawie, proszę pana, w sejmie, w rządzie, telewizji, to chyba zapomnieli, że niedaleko leży takie miasto Łódź. Godzinka z hakiem będzie, a jakby koniec świata. Wyspa ludożerców. I równie duże, nie żadna tam pipidówka. Tam przypominają sobie o nas dopiero wtedy, gdy coś się dzieje złego. Bo mój znajomy to mówi, że u nas, jak w soczewce, ogniskuje się całe zło tego kraju. I nie ma racji? Nie ma?! Jak odstrzelić łeb politykowi, to tylko w Łodzi. Dzieci zapeklować w beczkach albo podusić jak koty na złość swojej ślubnej – proszę bardzo! Dobić chorego zastrzykiem, zamiast go ratować, żeby zakład pogrzebowy miał zarobek – oczywiście, zapraszamy do nas! Ludzie tak szybko nie zapominają. Zapytaj pan, kogo chcesz...

– Ile płacę?

– A ten mój znajomy, proszę pana, to mówi jeszcze, że cała Polska swoim kształtem przypomina jedną wielką dupę. A jeśli tak, to nasze miasto jest dziurą w tej dupie. Dwadzieścia trzy pięćdziesiąt poproszę. Możliwie jak najdrobniej, jeśli pan będzie tak uprzejmy.

2010-12-30

Good night...

Kończy się rok, czas podsumować to i owo. Jako że wiele napisałem, a mało wydałem, trzeba się skupić na tym, co przeczytałem, wszak, jak powiedział Stephen King: dobry pisarz powiniem tyle samo czasu poświęcać na pisanie, jak i na czytanie. A zatem w upływającym roku wykonałem normę za... 70 Polaków. Tak, statystyczny Polak czyta rocznie pół książki. Przedostatnia to Ziemia obiecana, którą na nowo odkryłem, a w niej choćby to, że w powieści dziejącej się w mieście administrowanym przez Rosjan nie występuje ani jeden Rosjanin. Reymont musiał to zrobić specjalnie, nie ma innego wytłumaczenia.
A jak już przy Rosjanach jesteśmy, to sporo ich w najnowszej książce Janusza Głowackiego Good night, Dzerzi, którą rok zamykam. Książka dziwna, może o niej jeszcze napiszę. Na razie tylko jeden krzepiący cytat:
" Krytyków trzeba pięlęgnować, robić im maseczki, laskę, wklepywać kremy, polerować paznokcie, bo talenciki u nich mizerne, kompleksów od chuja, próbują uwierzyć, że są na coś potrzebni. Radzić się ich trzeba, oni to uwielbiają..."

2010-12-22

Początek

Klasyk powiedział, że prawdziwego mężczyznę poznajemy nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Ja lubię te chwile, gdy zaczynam, na równi z tymi, kiedy zapisuję ostatnie zdanie czy słowo. W takim razie kilka zdań z początku nowej rzeczy, świeżych, jeszcze zupełnie nie obrobionych, szczerych za to:
Tego wieczora słońce zachodzące nad Retkinią i Polesiem przypominało wielką, pulsującą kulę ognia, który w parę chwil potrafi strawić kolejną upadającą fabrykę, a wraz z nią i ludzkie marzenie o potędze, władzy, a może nawet, kto wie, szczęściu. Wciąż jednak było to tylko słońce – jeszcze zimowe, bo w kalendarzach nadal był luty, jeszcze jakby nieśmiałe, niezdecydowane, bo i przedwcześnie opuszczające tę część świata i ten jej fragment niewielki – dla jednych umiłowany i wyczekany, dla innych wciąż obcy i przeklęty.

Dzień kończył się też jak zwykle, jak dobiegł kresu wczoraj i najpewniej odejdzie w niebyt jutro: głosem setek fabrycznych świstawek, odgwizdujących zgodnie koniec dniówki, tupotem, a może raczej chlupotem tysięcy par lichych robotniczych drapoków na pokrytym błotem bruku wąskich, przecinających się bez końca ulic, tudzież szmerem prowadzących półgłosem rozmów, tu i ówdzie głośniejszych wyrzekań na zły los, który odczarować trudno, właściwie to chyba nie sposób, a może i nie warto.

– Idziesz, Franek, z nami na piwo? – pytał robotnik robotnika, pracownik farbiarni tego, co cały dzień, od bladego świtu, spędzał przy ładowaniu bel bawełny na ogromne platformy.

– Nie. Nie mogę – brzmiała odpowiedź cicha, wręcz ledwo słyszalna.

– Dajcie żesz spokój chłopinie. Widzicie, że majster mu tak plecy obił, że ledwo idzie.

– Może jutro. Może... Przecież lubię piwo...

No i ogniowi, temu prawdziwemu, niszczycielskiemu, też nikt by się nie zdziwił, choć pożary w mieście Łodzi, za które zgodnie winiono zawsze przypadek, mrugając przy tym znacząco okiem, wybuchały zazwyczaj ciemną nocą...

W pałacu Neumannów u zbiegu ulic Kaletniczej i Zachodniej od wczesnego popołudnia, właściwie już od obiadu trwało żywe poruszenie, choć każdy, kto w ostatnich godzinach spojrzałby na Annę Karolinę Neumann, najstarszą córkę Friedricha, znanego w całym mieście i poza jego granicami właściciela sześciu fabryk włókienniczych, i jego żony Gudrun, stwierdziłby bez wahania, że ma do czynienia z gorączką, a przez to być może z grypą lub jakąś inną groźną chorobą, kto wie, czy nie tropikalną.

2010-12-07

Wielki Splendor

Wczoraj byłem, już po raz trzeci, na gali wręczenia Wielkich Splendorów, czyli nagród Teatru Polskiego Radia. W takich miejscach i przy takich okazjach nie spotyka się aktorów czy aktorek, które spotyka się na warszawskich rautach na co dzień. Średnia wieku – mniej więcej 70 lat, twarze ludzi, którzy towarzyszyli pokoleniom Polaków w ich życiu. I byłem tam nie jako dziennikarz, ale jako dramaturg. Nie, spokojnie, Wielkiego Splendora dostają zwykle aktorzy, nie autorzy. Ale można było podpytać u źródeł, czy realizacji jakiegoś nowego słuchowiska można się spodziewać. Może można. Ale o czym innym chciałbym tu napisać. Coś się zmienia. Po 12 latach robienia wywiadów z celebrytami... mam dość. Mam, kurwa, serdecznie dość! Zbiega się to z faktem zamkniecia miesięcznika "W podróży", gdzie publikowałerm ambitne, długie wywiady z pierwszą ligą. Mówią, że może pismo się odrodzi, ale ja w to jakoś nie wierzę, bo nie odrodziło się "Za miastem", gdzie też zamieszczałem fajne rzeczy. Koniec i kropka.

2010-11-26

Pierwsza redakcja

Prace nad Ostatnim seansem nabierają tempa. Wczoraj odebrałem pierwszą redakcję. Z tej okazji mały fragmencik:

Tymon Nowak wstrzymał oddech. Do szumu w słuchawce dołączył odłos bicia jego własnego serca.

– Dobrze słyszałeś – rzekł przez ściśnięte gardło, by zaraz dodać hardo: – I co?

– I gówno. Myślałem, że ci na niej zależy.

Tymek nic nie odpowiedział.

– Jesteś tam? – zapytał tajemniczy rozmówca.

– No.

– To spójrz w okno.

Nowak podniósł wzrok, odsunął firankę, ale niczego szczególnego nie dostrzegł. W pewnym momencie pośród świateł, widocznych z okna zawsze, pojawiło się nowe, zielone. Mrugało miarowo.

– No i co? – rzucił do słuchawki aspirant.

– Lubisz kino?

– Co to ma do rzeczy?

– Jak lubisz, to chodź. Mają grać niezły thriller.

– Ale dokąd, kurwa?!

– Światło cię poprowadzi.

W słuchawce rozległ się przerywany sygnał. Nowak odłożył ją na miejsce, po czym wyłączył dyktafon. Spojrzał ponownie w okno. Światło nadal mrugało. Skąd płynęło? Jedyne, co znajdowało się w tym miejscu, była opuszczona rudera. Kilka razy nawet zastanawiał się, co się tam wcześniej znajdowało. Naraz przypomniał sobie rozmowę sprzed kilku dni, rozmowę z Kostkiem.

– Kino – powiedział na głos i zrobiło mu się zimno.

Walcząc z rękawami kurtki, zbiegł po schodach. W kilku susach pokonał podwórko i znalazł się na ulicy. Od razu dostrzegł dziurę w płocie, okalającym zdewastowaną budowlę, o której nie przez cały czas mieszkania we Włochach nie wiedział, że przed laty mieściła w sobie kino o nazwie "Olsztyn", a jeszcze wcześniej, przed wojną, kino "Ada". Czy ten telefon miał coś wspólnego z prowadzoną przez nich sprawą. I z Ewą?!

Ostrożnie przeszedł przez dziurę w drewnianym ogrodzeniu. Nogi od razy zapadły się w głęboki śnieg. Nie dostrzegł innych śladów. Idąc krokiem bociana, dotarł do głównych drzwi dawnego kina. Były uchylone. Pchnął je, nie dotykając klamki. Ustąpiły z dziwna jak na drzwi do rudery łatwością. Przed sobą widział nieprzeniknioną ciemność. Mimo to zrobił kolejny krok, po nim jeszcze jeden. Odruchowo dotknął łokciem boku, gdzie powinna znajdować się kabura, ale kość trafiła na próżnię.

Wtem poczuł nad sobą gwałtowny ruch powietrza. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, coś ciężkiego spadło mu na kark. Po chwili poczuł uderzenie czymś twardym w głowę. Film został zerwany.

2010-11-15

ZAiKS

Jedni go kochają, inni nienawidzą. Domyślam się, co musi czuć właściciel kawiarni czy zakładu fryzjerskiego, gdy pewnego pięknego dnia odwiedza go smutna pani, wyciąga legitymację i... No bo przecież za grające radio trzeba zapłacić, nie tylko abonament! Ja, na szczęście, jestem po tej drugiej stronie barykady. To znaczy nie chodzę i nie kontroluję, tylko raz do roku, zazwyczaj w pierwszych dniach listopada, udaję się z pielgrzymką do pałacyku przy ulicy Hipotecznej, gdzie bije cudowne źródełko. Miejsce to szczególne. Pracują tu miłe panie. Część z nich swego czasu powychodziła za mąż za takich właśnie jak ja tekściarzy czy kompozytorów, którzy przychodzili tu, by rejestrować utwory. Na obroty nie narzekały też nigdy okoliczne knajpki, gdzie twórcy ci przepijali od razu część dopiero co pobranych honorariów. Znajomy mówił mi kiedyś o pewnym capo di tutti capi ZAiKS-u. To gość, który miał swój sposób na to, by z tego dobrze żyć. Opowiadał, że trzeba znaleźć możliwie młodego... słonia w cyrku, skomponować muzykę, która zawsze będzie towarzyszyć wejściu zwierza na arenę. I tak przez dziesiątki lat, dwa seanse dziennie. Ja co prawda ze słonia nie żyję; to raptem dwie płyty i jedno demo. Ale zawsze uzbiera się na przysłowiowe waciki.

2010-11-02

Skończona!

Już. Ostatnia strona, ostatnie zdanie... I choć roboty jeszcze mnóstwo, a błędów sporo, to aż kusi, by się pochwalić, choćby w sieci. No to chodźmy!

Zza Wieży Dowódców powoli wychodziło słońce. Jeszcze nie ostre, jakim potrafi być w czas upalnego, pogodnego lata, a nabiegłe pulsującą czerwienią, bo i ledwie niecały kwadrans wcześniej dźwignęło się dopiero znad linii horyzontu – poszarpanej przez drzewa, wieże kościołów i sylwetki co wyższych budynków pobliskiego miasteczka Hohenstein. Poranna rosa srebrzyła się na zielonych, tu i ówdzie wypalonych słońcem czterdziestu morgach Tannenbergu. Jednak nie tylko za sprawą kropelek wody, ale i maleńkich kryształków lodu; ich żywot był co prawda krótki niczym mgnienie lub, co byłoby chyba lepszym porównaniem, karabinowy bitewny wystrzał, ale był faktem, bowiem, mimo że lato trwało w najlepsze, wyraźnie czuło się oddech nadchodzącej jesieni. Szczególnie sierpniowym rankiem.

Zbliżała się szósta rano. Piaszczystą, waską drogą między Tannenberg-Denkmal a stojącym trzysta metrów dalej cokołem z kamienną rzeźbą, przedstawiającą przyczajonego lwa z lewą łapą spoczywającą na kuli, przemieszczały się dwa kształty ludzkie. Dwóch mężczyzn, co można orzec nie tylko przy bliższej obserwacji, zmierzało średniej szybkości krokiem ku głównej bramie budowli i pozostawionemu przed nią czarnemu daimlerowi. Jeden z nich nosił mundur wysokiego oficera Wehrmachtu, drugi, nieco niższy i tęższy, jasny letni garnitur i słomkowy kapelusz. Chłodny wiatr niósł skądś zapach jeziora.

– Uprzedzając pańskie pytanie, majorze von Below – odezwał się cywil, a były to pierwsze słowa, jakie człowiek ów wydobył z siebie od kilku minut – wyjaśniam, że mój brat, Helmut, służył jak gefreiter w sto czterdziestym siódmym pułku piechoty i zginął podczas tamtej bitwy z armią Samsonowa. Nie miał nawet dwudziestu lat...

– Tak. Rozumiem – odpowiedział człowiek w mundurze koloru feldgrau, nie spojrzawszy jednak nawet na interlokutora; maszerował na sztywnych nogach, wyprostowany niczym struna, wzrok miał wbity w jeden punkt, najpewniej był to samochód, którym dostali się na miejsce.

– Pana nazwisko, majorze, też kojarzy mi się z tym miejscem... – nie odpuszczał cywil, nie spuszczając wzroku z towarzysza; mężczyzna drobił kroki i przy posągowym von Belowie wyglądał, delikatnie mówiąc, groteskowo.

– Zgadza się, inżynierze Schmidt. Mój stryj, generał Otto von Below, był jednym z dowódców w tej bitwie – odparł głucho oficer, by zaraz dodać, dużo głośniej i dobitniej: – Zwycięskiej bitwie, panie inżynierze. Zwycięskiej.

Dotarli do samochodu, nie odzywając się już do siebie. Weszli do środka, trzasnęły jednocześnie zamykanie drzwiczki. Szofer zapuścił silnik i pojazd potoczył się po żwirowej drodze, ku otwartej w tej samym samym momencie bramie. Chwilę później daimler zatrzymał się na okrągłym dziedzińcu Tannenberg-Denkmal. Przypadkowego obserwatora zapewne zdziwiłoby to posunięcie: tak krótką odległość można było przecież z powodzeniem pokonać piechotą, tym bardziej gdy obaj mężczyźni wcześniej opuścili auto.

W tym kraju i w tym czasie nie mogło jednak dziwić już nic...

Wiedzieli o tym aż za dobrze i inżynier Wilhelm Schmidt z berlińskiej pracowni architektonicznej Waltera i Johannes Krügerów, którzy byli twórcami tejże budowli, i major Joachim von Below, z naczelnego dowództwa. Przejechali zatem przez bramę w wieży, będącej jednocześnie strażnicą, śledziło ich kilka par czujnych oczu. Schmidt i von Below stawili się wczesnym rankiem w tym miejscu, aby dokonać ostatniej inspekcji miejsca, gdzie za dwa dni odbędą się uroczystości pogrzebowe.

Przed trzema dniami, drugiego sierpnia 1934 roku, zmarł prezydent Rzeszy, feldmarszałek Paul von Hindenburg...

2010-10-25

Literaci & Literatura Warmii i Mazur

Dzieło obszerne, a w nim mój biogram. Zdjęcie jest też, a jakże. Chyba skan skanu. Jego autor jest dziś policjantem w Olsztynie, więc jak zacznie ścigać, to... :) Tymczasem autor monografii, olsztyński poeta Józef Jacek Rojek, cytuje dwa wiersze z tomu Jeziorak i pisze o mnie: Poeta, któremu przypisuje się pewną powierzchowność podjęcia tematu "małych ojczyzn", stąd dla Zbigniewa Chojnowskiego jest tylko: "inkrustacją poetyckiej narracji, pretekstem do uprawiania zliryzowanej publicystyki. Beśkę bardziej interesuje stylizacja niż epifania, czyli objawienie tematu". No cóż, dla prof. Chojnowskiego istnieje jedno: kto nie z nami, ten przeciwko nam; a Krzysztof Beśka jest naprawdę świetnym, samorodnym talentem poetyckim: trochę prześmiewczym, trochę ironicznym, trochę nostalgicznym - ale talentem poetyckim, i o to w sumie chodzi w poezji.

2010-10-20

"Fraza" nr 2/2010

Pisze dr Joanna Chłosta-Zielonka w recenzji Przygody złego wojaka: "W Fabryce frajerów autor fabularyzuje swoje losy, śmiało odkrywa własne rozczarowania i rany, nieśmiało upominając się o akces w dialogu o definiowaniu współczesnej świadomości. Powieść to zapis czteroletniej edukacyjnej odysei narratora, której portem miała być dorosłość. Autor odkrywa się powoli, tak jak dość opieszale postępuje jego emocjonalne i polityczno-historyczne kształcenie. Jego opowieść na początku wydaje się grzecznym pamiętnikiem młodzieńca, któremu naraz zaczął sypać się wąs i mijane białogłowy nie dają spokoju. W pewnym momencie owa niemalże staropolska narracja skręca w ciemny zaułek mętów i upadłych istnień. Staje się ostra: wulgarna, mściwa i bezwzględna. Narrator ulega presji zdarzeń i z potulnego opowiadacza rodzi się wyrazista postać z krwi i kości, o ustalonym światopoglądzie i adekwatnym morale. Tak oto Fabryka frajerów przemienia się w księgę dojrzewania, wykluwania z niewinności, dorastania do jednoznacznych postaw dorosłości, które ciągną za sobą określone konsekwencje. Kolorowy, dziecięcy świat rodzinnego bezpieczeństwa zamieniony zostaje na barwy bezwzględne w swej jednowymiarowości: biel i czerń samodzielnych wyborów, dobrych i złych. Wspomnieniowy charakter powieści każe szukać czytelnikowi pewnych stałych faktów w tle snutej opowieści, jasnych odpowiedzi na pytania: kiedy, gdzie i kto? Otrzymujemy zręcznie uogólniony obraz przeżyć, zwielokrotniony wieloma bohaterami jednej sprawy. Liceum wojskowe – edukacyjny twór późnego PRL – jest miejscem, które skupia doświadczenia przeżywanego czasu. Ponadto jest przestrzenią swoistego laboratorium, w którym obserwowany i odpowiednio spreparowany materiał ludzki ma zostać wykorzystany w obronie ojczyzny. Brakuje tu jednak, na szczęście, przemyślanych na zimno form mumifikacji młodych ludzi. „Na tyłach” działa typowy polski tumiwisizm i niewielu nauczycieli dyscyplinuje podopiecznych. Dlatego też Beśka nie tworzy karykaturalnych postaci belfrów zahibernowanych w narzuconej przez system ideologii. Owszem są tacy, którzy ślepo chcą realizować narzucane w teorii wytyczne, ale ich wizerunek jest płaski, jednoznacznie negatywny. Ideały młodości, skonfrontowane z tu i teraz, szybko wietrzeją (...)" (całość w najnowszej "Frazie")