
2011-06-13
Ostatni seans w komórce

2011-06-09
Znad Jezioraka
2011-06-07
2011-05-20
Po spotkaniu

2011-05-16
2011-05-12
Trzeci brzeg Styksu
Na liczne pytania, czym jest Trzeci brzeg Styksu, książka, którą właśnie skończyłem, odpowiadam: to nie jest kryminał retro! Nie mam zamiaru wchodzić w szkodę ani naśladować Marka Krajewskiego, choć on sam w recenzji książki Marcina Wrońskiego napisał: "twórców tego typu literatury jest w Polsce najwyżej kilkunastu, a rzesza potencjalnych odbiorców (...) milionowa". Moja nowa książka to mroczny thriller rozgrywający się w 1892 roku w Łodzi tysięcy dymiących kominów, setek pracujących pełną parą fabryk włókienniczych, rozkwitających i upadających fortun, wreszcze czterech kultur – polskiej, żydowskiej, niemieckiej i rosyjskiej – słowem: w okresie największego rozkwitu tego miasta, które jest mi bliskie z powodów rodzinnych. Reymont w Ziemi obiecanej opisał pięknie Łódź, jednak prawie nie dotknął mrocznych spraw tego miasta. A przecież Karol Borowiecki też nosił rewolwer! Trzeci brzeg Styksu, powieść otwierająca cykl przygód polskiego detektywa Stanisława Berga, to wreszcie suma fascynacji tekstami Arthura Conan Doyle'a, Edgara Allana Poe, a także polskich pozytywistów i modernistów, tak bardzo dziś niedocenianych.
2011-05-09
Bohaterowie nie są zmęczeni

2011-05-06
Wrzawa wśród książek dziesięciolecia?

Pisze dr Dariusz Nowacki w eseju Pierwsza dekada opublikowanym na stronach Instytutu Goethego: “Około roku 2002 ujawniła się z całą mocą tendencja ideowo-tematyczna, którą można nazwać nurtem interwencyjnym (w nowej prozie polskiej). Ów nurt zachowuje żywotność do dziś i nie jest oczywiście orientacją jednolitą. Utwory literackie należące do tego kręgu można by przedstawić jako swoiste „donosy na rzeczywistość”. Część z nich została wymierzona w kapitalizm korporacyjny, konsumpcję, globalizację i niesprawiedliwość społeczną (nośny okazał się zwłaszcza temat wykluczenia ekonomicznego). Krytyką źle – by nie powiedzieć: fatalnie – urządzonej kapitalistycznej Polski zajęli się m.in. Edward Redliński (Transformejszen, 2002), Daniel Odija (Ulica, 2001; Tartak, 2003), Mariusz Sieniewicz (Czwarte niebo, 2003), Sławomir Shuty (Zwał, 2004), Krzysztof Beśka (Wrzawa, 2004), Filip Onichimowski (Zalani, 2005), Dawid Bieńkowski (Nic, 2005), Marek Nowakowski (Psie Głowy, 2008). Dość powiedzieć, że w połowie obecnej dekady mieliśmy do czynienia z prawdziwym zalewem książek, dla których szybko wymyślono wspólne miano: proza antykapitalistyczna, niekiedy zwana też prozą antykonsumpcyjną lub antykorporacyjną. Ulubionym tematem (nie tylko młodszych pisarzy) stała się praca – jej brak i wynikające stąd frustracje i poniżenia albo jej nadmiar (w polskich oddziałach zachodnich korporacji) również prowadzący do rozlicznych nieszczęść takich, jak psychiczna degradacja czy rozpad osobowości. Innymi słowy, pisarze próbowali i nadal próbują odsłonić brzydszą twarz „nowej Polski”, chcą ujawnić skandale i błędy transformacji ustrojowej, także tej, która dokonała się w wymiarze czysto politycznym. (...) Bez wątpienia proza polska ostatniej dekady zwróciła się ku aktualnym konfliktom i dylematom, znalazła upodobanie w tu i teraz”.
2011-05-05
Błękitna nostalgia

Choć już liryki nie uprawiam, doszła do mnie miła wiadomość. Ponad sto wierszy znalazło się w antologii poezji znad Jezioraka Błękitna nostalgia. Jak czytam w artykułach na ten temat: jest to zbiór utworów kilkudziesięciu poetów, którzy w Iławie i nad Jeziorakiem odkryli w sobie moc poezji. Zbiór został wydany przez Roberta Kowalskiego przy współudziale Wiesława Niesiobędzkiego, a wśród wierszy – także kilka moich. Józef Jacek Rojek w recenzji tej pozycji zamieszczonej w najnowszym “Akancie” pisze: "Antologia poezji znad Jezioraka jest mi bardzo bliska i nostalgiczna jednocześnie (...). Dla mnie zwidziały się przygody Pana Samochodzika, jako redaktora pierwszej serii książek przygodowych Zbigniewa Nienackiego z początku lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia, kiedy ów autor mieszkał i pisał je na Jeziorakiem. Ot, czy podczas lektury owe nostalgie nie zanadto zalatują „mdłą cukierkowatością” aby? Dlatego dla odmiany podaję inny ton, ton Krzysztofa Beśki z Iławy/Olsztyna, zawarty w wierszu „Październik”. (...). No a gdyby coś z „Dziejów tej krainy”, to proszę bardzo; i niech to będzie wspomniany już Krzysztof Beśka w wierszu „Smolny róg”, który, jak poznałem jego twórczość, najbardziej jest uczulony na nasz los uwity w dzieje nie tylko regionu (...)"
2011-05-04
Ornat z krwi – cieszymy się!

Sygnały pojawiały się od jakieś czasu, także w mediach. Najpierw sam, przed rokiem, chwilę po odebraniu Wawrzynów, powiedziałem Markowi Barańskiemu z “Gazety Olsztyńskiej”: — Nigdy nie porzuciłem Warmii i Mazur, choć od dziesięciu lat mieszkam w Warszawie. Wracam tu moimi książkami, w tym napisanymi w konwencji dreszczowca książkami o świętym Wojciechu i Koperniku. Właśnie je ukończyłem... Potem olsztyński kwartanik “VariArt” opublikował fragment, pod jeszcze roboczym tytułem Cygnus. Wreszcie, w lutym, Paweł Jaszczuk, zaprzyjaźniony prozaik, zapytany w jednym z wywiadów, czemu nigdy nie myślał o kryminalnej serii ulokowanej w zautkach przedwojennego, niemieckiego Olsztyna, powiedział: – Z nieoficjalnych informacji wiem, że nad takim historycznym kryminałem pracuje obecnie Krzysztof Beśka... To tylko część prawdy, bowiem Ornat z krwi to powieść sensacyjna, pierwsza z trzech, rozgrywająca się współcześnie, choć ze wstawkami retrospektywnymi, na Warmii, Mazurach, Żuławach i Pomorzu Gdańskim. I wreszcie mogę powiedzieć, że zostanie opublikowana przez krakowski Insignis, wyłącznego polskiego wydawcę książek Jeremy’ego Clarksona, Assassin’s Creed: Renesans Olivera Bowdena oraz serii Metro 2033-2034 Dmitry Glukhovsky’ego. Bomba wybuchnie już za jedenaście miesięcy, w Kwidzynie...
2011-04-13
Sumując

2011-03-29
A życie swoje...

Wszystko wskazuje na to, że pamiątkowy pierścień prymasa Wyszyńskiego, skradziony z katedry w Gnieźnie, został rozmontowany, przetopiony, a brylanty z niego sprzedano za bezcen w Holandii. Złoto-srebrny pierścień, wysadzany brylantami, z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej pochodził z 1966 roku. Jego wartość materialna szacowana jest na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Pierścień był darem biskupów polskich, dla kardynała Stefana Wyszyńskiego z okazji 1000-lecia Chrztu Polski. Złodzieje nie uszanowali świętości. Tak jak ci z Ornatu z krwi:
Było coraz zimniej. Marzec marcem, ale kościół nie był ogrzewany – tym bardziej teraz. Młodszy z braci zaczął przestępować z nogi na nogę, para ulatująca ust przy każdym oddechu wirowała w świetle latarki wycelowanej wciąż precyzyjnie w górną część konfesji.
Drapieżne ptaki okazały się nie tak silne i dumne, jak wyobrażano je w herbach państwa Polan od setek lat. Kilka minut wystarczyło, by relikwiarz świętego Wojciecha zakołysał się w rękach złodziei. Zakołysał się i, cenny metal miał wszak swoją wagę, przydusił mężczyzn do ziemi, mimo że w rzeczywistości znajdowała się ona kilka dobrych metrów niżej. Sapiąc i stękając, zdołali jednak uchronić skarb przed niechybnym upadkiem i roztrzaskaniem się o posadzkę kościoła. Aby jednak zdobycz mogła znaleźć się na dole w nienaruszonym stanie, potrzebna była pomoc.
– Dawaj tu, brat!
Przypomnieli sobie, kurwa – pomyślał ze złością Zbyszek, w tej samej chwili zgarbił się i struchlał, jakby bał się spadającego na kark ciosu. Bóg przecież słyszy wszystko, nawet myśli...
Kiedy srebrna trumienka z postacią półleżącego świętego na wieku znalazła się na podłodze, wszyscy trzej mężczyźni ciężko sapali ze zmęczenia. Czekała ich jeszcze powrotna droga. Na szczęście planowali pokonać ją już nie małpim sposobem, jak to nazwał Roman, ale zwyczajnie, przez drzwi. Niewielkie i mało widoczne, umiejscowione były w bok od głównej nawet, zamknięte tylko na zasuwę, od środka.
– Ciężkie cholerstwo – stęknął Zbyszek, usiłując dźwignąć okryte na powrót w folię trofeum.
– Co się dziwisz – prychnął Romek. – Nieboszczyk swoje waży.
Bracia nie przeżegnali się tylko dlatego, że ręce urywał im właśnie ciężki srebrny relikwiarz...
2011-03-17
Ornat z krwi

2011-02-10
II redakcja

Mimo to czuł, że nie pasuje do tego towarzystwa. Podczas gdy Kaśka brylowała w gronie znajomych, jego stać było tylko na nieme potakiwanie. Mieli swoje tematy, plotki, wyrzekali wspólnie na reżyserów, producentów i dyrektorów teatrów. A najczęściej na siebie nawzajem – w zależności od składu ekipy plotkującej. Początkowo go to bawiło, potem czuł coraz większy niesmak i złość. Zastanawiał się, co mówią o nich, chwilę po tym, jak się z Kaśką oddalą. Ona się tym nie przejmowała, tak przynajmniej twierdziła.
Z wierzchu cały ten świat wyglądał pięknie: błysk fleszy, czerwone dywany (bo i takie bywały, czemu nie?!), eleganckie kreacje, fryzury, przyprawiające o zawrot głowy zapachy. Ale świat aktorów, slawy miał i inną stronę. Kiedy pierwszy raz Kasia opowiedziała mu o jednym z castingów, w którym uczestniczyła, nie miał wątpliwości, z czym go porównać: targ niewolników to było najdelikatniejsze skojarzenie, które mu się nasunęło. Innym, o którym już nie powiedział żonie z dwóch powodów, był moment, kiedy zapijaczony, rozwalony na sofie klient z szeregu kurew wybiera tę jedną, jedyną. Tę najmniej straszną...
A srał was wszystkich pies, kurwy, gotowe dać dupy każdemu, od którego zależy cokolwiek, co wiąże się z filmem, telewizją czy reklamą. Mózgu używa taka tylko do liczenia kasy i po to, by nie pomylić się, gdy reżyser na planie serialu każe przejść z punktu A do punku B. Modrzejewskie, jedna z drugą, co jeszcze wczoraj srać chodziły za chałupę, a dziś nie przestają odgrywać tragedii nawet w domu przy obieraniu ziemniaków, nie zdejmują ciemnych okularów nawet w metrze, zresztą rzadko korzystają z tego środka transportu, bo to dobre dla szaraków, tłumu, całego tego tałatajstwa. Oczy wokół głowy, uszy jak anteny i tylko kombinuje jedna z drugą, jak tu trafić promocyjne zakupy, darmowe SPA czy sponsorowany wyjazd na narty w Alpy – dobra dostępne tylko dla gwiazd! Przecież wiadomo, czemu tak naprawdę służy mizdrzenie się do obiektywów fotoreporterów, chodzenie na każdy, najpodlejszy nawet raut, organizowany przez hurtownię skarpet, ocieranie się w tłumie o znanego reżysera, wciskanie papuzich wizytówek, posyłanie kuszących uśmiechów do śliniących się buców z grubym karkiem i jeszcze grubszym portfelem czy inne metody godne Maty Hari, żeby tylko, żeby w końcu, żeby zawsze...
2011-02-03
Jedna trzecia

Był wczesny wieczór, gdy Jewgiennij Aleksandrowicz Riepin opuścił cukiernię Roszkowskiego i znalazł się z powrotem na ulicy. Ruch na Piotrkowskiej niewiele osłabł: każdą dokądś zmierzał w wielkim w pośpiechu, jakby był to początek dnia, a nie jego schyłek; furkotały na wietrze poły płaszczy, surdutów i hałatów. Ktoś spóźniony na spotkanie pokrzykiwał, usiłując zatrzymać przejeżdżającą dorożkę. Wszystko to jednak i tak nie dorównywało temu, co dzieło się w głowie detektywa, gdzie jedna myśl goniła następną. Działo się tak zawsze, gdy Riepin przymierzał się do nowej sprawy. Nawet nie zauważył, jak podszedł do niego jego astystent.
– Dobry wieczór, szefie – przywitał się Stanisław, unosząc na chwilę prawą rękę do ronda kapelusza.
– Jaki miałeś dzień, przyjacielu? – chciał wiedzieć Jewgiennij.
Jabłonowski zaczerwienił się, czego na szczęście nie było widać w świetle gazowej latarni, którą właśnie zapalał przy nich człowiek wyposażony w specjalną drabinkę i długi drążek.
– Jak nasza piękna para? – Rosjanin najwyraźniej nie miał zamiaru przestać go gnębić.
– Jak zwykle – odpowiedział cicho młody mężczyzna, jednocześnie modląc się w duchu, by jego pryncypał nie zaczął wypytywać go o szczegóły.
– Damy jeszcze gołąbkom w spokoju pogruchać, co?
– Oczywiście, szefie.
Riepin uśmiechnął się, zdjął z głowy melonik, otarł chustką czoło z potu, którego kropelki na chwilę rozbłysły w świetle kolejnej zapalonej gazowej latarni na Piotrkowskiej, po czym wyrzucił z siebie jednym tchem:
– Ta sprawa może poczekać. Mamy teraz coś o wiele bardziej poważnego, mój młody przyjacielu. Chodźmy! – rzekł i pociągnął go lekko za łokieć.
Ruszyli niespiesznym krokiem główną ulicą miasta w kierunku południowym, szybko mieszając się w tłum.
– Przez cały dzień czułem, że dostaniemy specjalne zamówienie i nie pomyliłem się – powiedział Rosjanin. – Parę minut po obiedzie do drzwi naszego biura zapukała żona inżyniera Szałkowskiego z fabryki Silbersteina. Kiedy tylko ją ujrzałem, wiedziałem, że stało się coś złego.
– Z dobrą nowiną chyba nie przychodzi się do prywatnego detektywa – zauważył przytomnie i złośliwie Stach, ale Riepin puścił tę uwagę mimo uszu.
2011-01-12
W poszukiwaniu inspiracji
– A oni w tej Warszawie, proszę pana, w sejmie, w rządzie, telewizji, to chyba zapomnieli, że niedaleko leży takie miasto Łódź. Godzinka z hakiem będzie, a jakby koniec świata. Wyspa ludożerców. I równie duże, nie żadna tam pipidówka. Tam przypominają sobie o nas dopiero wtedy, gdy coś się dzieje złego. Bo mój znajomy to mówi, że u nas, jak w soczewce, ogniskuje się całe zło tego kraju. I nie ma racji? Nie ma?! Jak odstrzelić łeb politykowi, to tylko w Łodzi. Dzieci zapeklować w beczkach albo podusić jak koty na złość swojej ślubnej – proszę bardzo! Dobić chorego zastrzykiem, zamiast go ratować, żeby zakład pogrzebowy miał zarobek – oczywiście, zapraszamy do nas! Ludzie tak szybko nie zapominają. Zapytaj pan, kogo chcesz...
– Ile płacę?
– A ten mój znajomy, proszę pana, to mówi jeszcze, że cała Polska swoim kształtem przypomina jedną wielką dupę. A jeśli tak, to nasze miasto jest dziurą w tej dupie. Dwadzieścia trzy pięćdziesiąt poproszę. Możliwie jak najdrobniej, jeśli pan będzie tak uprzejmy.
2010-12-30
Good night...

2010-12-22
Początek

Dzień kończył się też jak zwykle, jak dobiegł kresu wczoraj i najpewniej odejdzie w niebyt jutro: głosem setek fabrycznych świstawek, odgwizdujących zgodnie koniec dniówki, tupotem, a może raczej chlupotem tysięcy par lichych robotniczych drapoków na pokrytym błotem bruku wąskich, przecinających się bez końca ulic, tudzież szmerem prowadzących półgłosem rozmów, tu i ówdzie głośniejszych wyrzekań na zły los, który odczarować trudno, właściwie to chyba nie sposób, a może i nie warto.
– Idziesz, Franek, z nami na piwo? – pytał robotnik robotnika, pracownik farbiarni tego, co cały dzień, od bladego świtu, spędzał przy ładowaniu bel bawełny na ogromne platformy.
– Nie. Nie mogę – brzmiała odpowiedź cicha, wręcz ledwo słyszalna.
– Dajcie żesz spokój chłopinie. Widzicie, że majster mu tak plecy obił, że ledwo idzie.
– Może jutro. Może... Przecież lubię piwo...
No i ogniowi, temu prawdziwemu, niszczycielskiemu, też nikt by się nie zdziwił, choć pożary w mieście Łodzi, za które zgodnie winiono zawsze przypadek, mrugając przy tym znacząco okiem, wybuchały zazwyczaj ciemną nocą...
W pałacu Neumannów u zbiegu ulic Kaletniczej i Zachodniej od wczesnego popołudnia, właściwie już od obiadu trwało żywe poruszenie, choć każdy, kto w ostatnich godzinach spojrzałby na Annę Karolinę Neumann, najstarszą córkę Friedricha, znanego w całym mieście i poza jego granicami właściciela sześciu fabryk włókienniczych, i jego żony Gudrun, stwierdziłby bez wahania, że ma do czynienia z gorączką, a przez to być może z grypą lub jakąś inną groźną chorobą, kto wie, czy nie tropikalną.
2010-12-09
2010-12-07
Wielki Splendor

Wczoraj byłem, już po raz trzeci, na gali wręczenia Wielkich Splendorów, czyli nagród Teatru Polskiego Radia. W takich miejscach i przy takich okazjach nie spotyka się aktorów czy aktorek, które spotyka się na warszawskich rautach na co dzień. Średnia wieku – mniej więcej 70 lat, twarze ludzi, którzy towarzyszyli pokoleniom Polaków w ich życiu. I byłem tam nie jako dziennikarz, ale jako dramaturg. Nie, spokojnie, Wielkiego Splendora dostają zwykle aktorzy, nie autorzy. Ale można było podpytać u źródeł, czy realizacji jakiegoś nowego słuchowiska można się spodziewać. Może można. Ale o czym innym chciałbym tu napisać. Coś się zmienia. Po 12 latach robienia wywiadów z celebrytami... mam dość. Mam, kurwa, serdecznie dość! Zbiega się to z faktem zamkniecia miesięcznika "W podróży", gdzie publikowałerm ambitne, długie wywiady z pierwszą ligą. Mówią, że może pismo się odrodzi, ale ja w to jakoś nie wierzę, bo nie odrodziło się "Za miastem", gdzie też zamieszczałem fajne rzeczy. Koniec i kropka.
2010-11-26
Pierwsza redakcja

Tymon Nowak wstrzymał oddech. Do szumu w słuchawce dołączył odłos bicia jego własnego serca.
– Dobrze słyszałeś – rzekł przez ściśnięte gardło, by zaraz dodać hardo: – I co?
– I gówno. Myślałem, że ci na niej zależy.
Tymek nic nie odpowiedział.
– Jesteś tam? – zapytał tajemniczy rozmówca.
– No.
– To spójrz w okno.
Nowak podniósł wzrok, odsunął firankę, ale niczego szczególnego nie dostrzegł. W pewnym momencie pośród świateł, widocznych z okna zawsze, pojawiło się nowe, zielone. Mrugało miarowo.
– No i co? – rzucił do słuchawki aspirant.
– Lubisz kino?
– Co to ma do rzeczy?
– Jak lubisz, to chodź. Mają grać niezły thriller.
– Ale dokąd, kurwa?!
– Światło cię poprowadzi.
W słuchawce rozległ się przerywany sygnał. Nowak odłożył ją na miejsce, po czym wyłączył dyktafon. Spojrzał ponownie w okno. Światło nadal mrugało. Skąd płynęło? Jedyne, co znajdowało się w tym miejscu, była opuszczona rudera. Kilka razy nawet zastanawiał się, co się tam wcześniej znajdowało. Naraz przypomniał sobie rozmowę sprzed kilku dni, rozmowę z Kostkiem.
– Kino – powiedział na głos i zrobiło mu się zimno.
Walcząc z rękawami kurtki, zbiegł po schodach. W kilku susach pokonał podwórko i znalazł się na ulicy. Od razu dostrzegł dziurę w płocie, okalającym zdewastowaną budowlę, o której nie przez cały czas mieszkania we Włochach nie wiedział, że przed laty mieściła w sobie kino o nazwie "Olsztyn", a jeszcze wcześniej, przed wojną, kino "Ada". Czy ten telefon miał coś wspólnego z prowadzoną przez nich sprawą. I z Ewą?!
Ostrożnie przeszedł przez dziurę w drewnianym ogrodzeniu. Nogi od razy zapadły się w głęboki śnieg. Nie dostrzegł innych śladów. Idąc krokiem bociana, dotarł do głównych drzwi dawnego kina. Były uchylone. Pchnął je, nie dotykając klamki. Ustąpiły z dziwna jak na drzwi do rudery łatwością. Przed sobą widział nieprzeniknioną ciemność. Mimo to zrobił kolejny krok, po nim jeszcze jeden. Odruchowo dotknął łokciem boku, gdzie powinna znajdować się kabura, ale kość trafiła na próżnię.
Wtem poczuł nad sobą gwałtowny ruch powietrza. Nim zdążył jakkolwiek zareagować, coś ciężkiego spadło mu na kark. Po chwili poczuł uderzenie czymś twardym w głowę. Film został zerwany.
2010-11-15
ZAiKS

2010-11-02
Skończona!
Już. Ostatnia strona, ostatnie zdanie... I choć roboty jeszcze mnóstwo, a błędów sporo, to aż kusi, by się pochwalić, choćby w sieci. No to chodźmy!Zza Wieży Dowódców powoli wychodziło słońce. Jeszcze nie ostre, jakim potrafi być w czas upalnego, pogodnego lata, a nabiegłe pulsującą czerwienią, bo i ledwie niecały kwadrans wcześniej dźwignęło się dopiero znad linii horyzontu – poszarpanej przez drzewa, wieże kościołów i sylwetki co wyższych budynków pobliskiego miasteczka Hohenstein. Poranna rosa srebrzyła się na zielonych, tu i ówdzie wypalonych słońcem czterdziestu morgach Tannenbergu. Jednak nie tylko za sprawą kropelek wody, ale i maleńkich kryształków lodu; ich żywot był co prawda krótki niczym mgnienie lub, co byłoby chyba lepszym porównaniem, karabinowy bitewny wystrzał, ale był faktem, bowiem, mimo że lato trwało w najlepsze, wyraźnie czuło się oddech nadchodzącej jesieni. Szczególnie sierpniowym rankiem.
Zbliżała się szósta rano. Piaszczystą, waską drogą między Tannenberg-Denkmal a stojącym trzysta metrów dalej cokołem z kamienną rzeźbą, przedstawiającą przyczajonego lwa z lewą łapą spoczywającą na kuli, przemieszczały się dwa kształty ludzkie. Dwóch mężczyzn, co można orzec nie tylko przy bliższej obserwacji, zmierzało średniej szybkości krokiem ku głównej bramie budowli i pozostawionemu przed nią czarnemu daimlerowi. Jeden z nich nosił mundur wysokiego oficera Wehrmachtu, drugi, nieco niższy i tęższy, jasny letni garnitur i słomkowy kapelusz. Chłodny wiatr niósł skądś zapach jeziora.
– Uprzedzając pańskie pytanie, majorze von Below – odezwał się cywil, a były to pierwsze słowa, jakie człowiek ów wydobył z siebie od kilku minut – wyjaśniam, że mój brat, Helmut, służył jak gefreiter w sto czterdziestym siódmym pułku piechoty i zginął podczas tamtej bitwy z armią Samsonowa. Nie miał nawet dwudziestu lat...
– Tak. Rozumiem – odpowiedział człowiek w mundurze koloru feldgrau, nie spojrzawszy jednak nawet na interlokutora; maszerował na sztywnych nogach, wyprostowany niczym struna, wzrok miał wbity w jeden punkt, najpewniej był to samochód, którym dostali się na miejsce.
– Pana nazwisko, majorze, też kojarzy mi się z tym miejscem... – nie odpuszczał cywil, nie spuszczając wzroku z towarzysza; mężczyzna drobił kroki i przy posągowym von Belowie wyglądał, delikatnie mówiąc, groteskowo.
– Zgadza się, inżynierze Schmidt. Mój stryj, generał Otto von Below, był jednym z dowódców w tej bitwie – odparł głucho oficer, by zaraz dodać, dużo głośniej i dobitniej: – Zwycięskiej bitwie, panie inżynierze. Zwycięskiej.
Dotarli do samochodu, nie odzywając się już do siebie. Weszli do środka, trzasnęły jednocześnie zamykanie drzwiczki. Szofer zapuścił silnik i pojazd potoczył się po żwirowej drodze, ku otwartej w tej samym samym momencie bramie. Chwilę później daimler zatrzymał się na okrągłym dziedzińcu Tannenberg-Denkmal. Przypadkowego obserwatora zapewne zdziwiłoby to posunięcie: tak krótką odległość można było przecież z powodzeniem pokonać piechotą, tym bardziej gdy obaj mężczyźni wcześniej opuścili auto.
W tym kraju i w tym czasie nie mogło jednak dziwić już nic...
Wiedzieli o tym aż za dobrze i inżynier Wilhelm Schmidt z berlińskiej pracowni architektonicznej Waltera i Johannes Krügerów, którzy byli twórcami tejże budowli, i major Joachim von Below, z naczelnego dowództwa. Przejechali zatem przez bramę w wieży, będącej jednocześnie strażnicą, śledziło ich kilka par czujnych oczu. Schmidt i von Below stawili się wczesnym rankiem w tym miejscu, aby dokonać ostatniej inspekcji miejsca, gdzie za dwa dni odbędą się uroczystości pogrzebowe.
Przed trzema dniami, drugiego sierpnia 1934 roku, zmarł prezydent Rzeszy, feldmarszałek Paul von Hindenburg...
2010-10-25
Literaci & Literatura Warmii i Mazur

Dzieło obszerne, a w nim mój biogram. Zdjęcie jest też, a jakże. Chyba skan skanu. Jego autor jest dziś policjantem w Olsztynie, więc jak zacznie ścigać, to... :) Tymczasem autor monografii, olsztyński poeta Józef Jacek Rojek, cytuje dwa wiersze z tomu Jeziorak i pisze o mnie: Poeta, któremu przypisuje się pewną powierzchowność podjęcia tematu "małych ojczyzn", stąd dla Zbigniewa Chojnowskiego jest tylko: "inkrustacją poetyckiej narracji, pretekstem do uprawiania zliryzowanej publicystyki. Beśkę bardziej interesuje stylizacja niż epifania, czyli objawienie tematu". No cóż, dla prof. Chojnowskiego istnieje jedno: kto nie z nami, ten przeciwko nam; a Krzysztof Beśka jest naprawdę świetnym, samorodnym talentem poetyckim: trochę prześmiewczym, trochę ironicznym, trochę nostalgicznym - ale talentem poetyckim, i o to w sumie chodzi w poezji.
2010-10-20
"Fraza" nr 2/2010

2010-10-12
Po trasie
2010-10-05
Trasa z DKK

2010-09-21
Lewicowa wrażliwość

2010-09-17
W "Dzienniku"

2010-09-16
2010-08-20
Jerzy Ignaciuk 1951-2000

Z pewnym poślizgiem, ale za to szczerze. Trzy tygodnie temu minęła 10. rocznica śmierci olsztyńskiego pisarza, Jerzego Ignaciuka. Latem 2000 roku byłem w mieście przejazdem, znajoma brała ślub kościele NSPJ i tam właśnie zobaczyłem klepsydrę, która mnie poraziła. Miał 49 lat. W podobnych przypadkach zwykło się mówić i pisać, że umarł w pełni sił twórczych. Być może tak napisano i o Nim. Problem w tym, że może do pisania miał on jeszcze siłę, ale do życia już chyba nie. Mówiło się o alkoholzmie i innych podobnych sprawach. Nigdy nie poznaliśmy się osobiście, jednak "Martwe dzielnice" Ignaciuka to książka dla mnie magiczna i to przez nią czuje, że znałem go dobrze. Znam nadal. Prowadząc moje spotkanie w czerwcu, redaktor Wojciech Ogrodziński powiedział, że Fabryka frajerów pachnie Olsztynem. Być może tak jest. Ale "Martwe dzielnice" to Olsztyn sam w sobie, miasto, którego już nie ma, choć wciąż jest. Pisana w czasie, gdy Nagórki były peryferyjną dzielnicą, istniał DŚT przy Mickiewicza, gdzie jeszcze zdążyłem napić się wódki taniej i na ostatnim piętrze odwiedzić któregoś dnia Hieronima Skurpskiego w jego malarskiej pracowni. Wracając co jakiś czas do "Martwych dzielnic", wracam do czasu wczesnej, licealnej młodości. Ta lektura koi. Książka wydana została raz, siermiężnie, ale dla mnie jest piękną, na zewnątrz i w środku. I podejrzewam, że jestem w tym osądzie odosobniony. Trudno. Ktoś zapamiętał Ignaciuka dzięki jego wierszom, inny dzięki piosenkom śpiewanym przez kabaret "Czerwony Tulipan" do muzyki Stefana. Młodzież znala Ignaciuka jako kontynuatora serii o przygodach Pana Samochodzika. To wiele czy mało? Nie wiem.
2010-08-11
2010-08-04
"Pani" nr 8/2010, s. 84

2010-08-03
Czym jest życie

2010-08-02
Warszawa, 2 sierpnia 1944 roku

Niedaleki huk wybuchu wstrząsnął powietrzem. Wciąż nie potrafili się przyzwyczaić do odgłosów, przy których grzmoty podczas burzy to ledwie szept. Ktoś krzyknął – i nie była to dziewczyna, inny zaklął i splunął pod nogi, w kałużę po niedawnym deszczu, za co zresztą zaraz przeprosił. Jeszcze, dobrze wychowani, pamiętający świetnie szkołę, zwracali uwagę na takie szczegóły, konwenanse: u jednego objawiało się to tym, że przeszkadzała mu przybrudzona kurzem marynarka, osuwająca się wciąż z ramienia biało-czerwona opaska; inny nie potrafił się powstrzymać od podania ręki nieznajomej dziewczynie, aby jej pomóc w pokonaniu jakiej przeszkody, dziury w murze. Jeszcze...
– Dobra, może teraz się uda – rzucił do pozostałych Józef Dziduch, ponownie podnosząc do oczu aparat marki Leica. – Możecie się nie ruszać, panowie szlachta? – fuknął trochę gniewnie, trochę żartem.
– Rób, brachu, nie mamy czasu! – odkrzyknął Kazimierski, zastygając w bezruchu; przed sekundą zdążył jeszcze poprawić biało-czerwoną opaskę i węzeł krawata.
– A gdzieś ci się spieszy? – mruknął pod nosem Bronek Konopczyński.
Dziduch włączył samowyzwalacz, położył ostrożnie aparat na parapecie okna na parterze kamienicy przy Bielańskiej, po czym szybko podbiegł do pozostałych. Nie usłyszeli szczęknięcia mechanizmu, nie tylko przez kolejny wybuch, już trochę dalszy od poprzedniego, i poszczekiwanie karabinu maszynowego – co, już to wiedzieli, było tylko skromną przygrywką do tej zupełnie nowej symfonii miasta. Trzeba było też uwierzyć aparatowi "na słowo", że wykonał swoje zadanie i zarejestrował tę chwilę, jakże inną od tych wcześniejszych w ich życiu...
Dochodziła szósta rano, środa. Od kilkunastu godzin Stanisław Kazimierski, Józef Dziduch i Bronisław Konopczyński, trzej przyjaciele i jednocześnie nastoletni żołnierze Batalionu "Parasol" Zgrupowania "Radosław" Armii Krajowej, żołnierze bez broni, którym, niestety, w dodatku nie udało się dotrzeć wczoraj przed siedemnastą na miejsce zbiórki (Konopczyński tylko w kółko powtarzał, że Pług i Mirski, dowódcy batalionu i plutonu, nogi z dupy im powyrywają, tego można być pewnym! Jeden będzie trzymał, drugi ciągnął – wyjaśniał obrazowo), nie uśmiechali się do zdjęcia, sprawiali wrażenie niewyspanych (pierwsza noc poza domem, nie we własnym łóżku tylko pokotem na podłodze w pierwszym lepszym mieszkaniu w okolicach placu Bankowego, gdzie szczęśliwiec załapał się na kawałek dywanu; w dodatku jakiś nieznajomy grubas chrapał tak, że ściany drżały), ale tak naprawdę byli bardzo poważni i skupieni. Mimo że od kilkunastu godzin żyli w nowym, zupełnie innym świecie. W świecie bez ulicznych łapanek i egzekucji, tak na ulicach, jak w Palmirach, walenia w drzwi mieszkań nad ranem, zatrzaskiwania drzwi cel na Pawiaku, krzyku katowanych na Szucha, wywózek na robotu do Niemiec, głodu, upodlenia, beznadziei. Bez terroru. Serca chłopaków, jak chyba nigdy wcześniej, wypełniała euforia pomieszana z gniewem i rządzą odwetu.
Od strony Teatru Wielkiego dał się wyczuć jakiś ruch, poprzedzony przez odgłos kroków. Stanisław Kazimierski wykazał się refleksem.
– Baczność! – krzyknął.
Nie ustalali co prawda, że będzie ich dowódcą, nikt jednak nie zaprotestował; tym bardziej że Staszek nie pomylił się. Szedł do nich, sadząc długie kroki, odziany w czarną marynarkę, bryczesy i lśniące buty oficerki dowódca oddziału, do którego udało im się podłączyć w nadziei szybkiego zdobycia broni, a w perspektywie także i dołączenia do swoich. Towarzyszyło mu kilku innych ludzi, jeden z nich miał na sobie przedwojenny mundur z dystynkcjami sierżanta, inny płaszcz przeciwdeszczowy związany szerokim, skórzanym pasem z takąż kaburą; ciekawe, czy pełną? – zastanawiał się pewnie niejeden z młodych powstańców...
(z powieści Złota aralia)




