2013-03-31

2013-03-29

Gdyby nie wuj…


(...) Z Rzymu wracał Watzenrode biskupem, ale bez grosza przy duszy, w dodatku ścigany przez gniew królewski, więc okrężną drogą, by zmylić przeciwnika. Wiózł na Warmię jedynie książki, co koncept przyniosło, aby podszyć się pod… księgarza. Godność obejmował, niepewny, czy gniew Kazimierza przemieni się w zbrojną interwencję, papież odrzucił bowiem królewską apelację. Jagiellończyk zmarł jednak niebawem, a Łukasz Watzenrode stał się panem na Warmii. 
 Wkrótce jego siostrzeńcy, Andrzej i Mikołaj Kopernikowie, korzystając ze środków finansowych wuja, poszli jego krakowską, a później włoską drogą nauki, po skończeniu której młodszy z braci został sekretarzem oraz lekarzem na zamku biskupim w Lidzbarku. Uczestniczył też wraz z wujem w zjazdach stanów Prus Królewskich. 
 Potęga Łukasza Watzenrode rosła z każdym rokiem, wraz z nią potęga Warmii i jej Kościoła. Biskup budował coraz to nowe świątynie i suto je wyposażał. Również i jego pałac biskupi piękniał, wypełniały go niezwykłej urody obrazy, rzeźby, a nawet porcelana. Przede wszystkim jednak ukochał biskup Łukasz księgi – pięknie oprawne i bogato iluminowanie. 
 Część z nich otrzymał Mikołaj Kopernik po owym tragicznym zimowym dniu, w którym biskup Łukasz po zatruciu nieświeżymi rybami, w drodze z Krakowa, gdzie fetował zaślubiny króla Zygmunta Starego, oddał ducha w rodzinnym Toruniu, w wieku lat sześćdziesięciu trzech. Mikołaj nie mógł darować sobie, że nie było go wówczas przy swym krewnym i protektorze. Może coś by zaradził, kto wie? (...)
Łukasz Watzenrode, wuj Mikołaja Kopernika, jednego z bohaterów powieści, którą właśnie cyzeluję, zmarł 29 marca 1512 roku.

2013-03-28

To dopiero tajemnica

Idąc za ciosem, złapałem za kolejny tom przygód pana Tomasza, Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic. Lektura Nienackiego jest dla mnie sposobem na upływający czas. I gówno mnie obchodzi, że autor należał do PZPR i ORMO, wyrywał nastolatki, zostawił rodzinę. Najważniejsze jest to, co napisał.
Zacząłem czytać. W pewnym momencie z książki wypadła czarno-biała fotografia. W pierwszej chwili nie poznałem nikogo, kto został na niej uwieczniony. Jakieś dzieci, czterech chłopaków, jedna dziewczyna. Z początku myślałem, że ktoś inny, kto książkę czytał, użył fotografii jako zakładki. Ale powoli zaczynałem sobie przypominać. Na zdjęciu był mój sąsiad z bloku, Marian z romskiej rodziny. Potem przypomniałem sobie nazwiska dwóch następnych chłopaków. Byli rok lub dwa wyżej ode mnie i chodzili do Szkoły Podstawowej nr 2 w Iławie. Tam zresztą, na sali gimnastycznej, zdjęcie wykonano. A skoro ja je mam, to zostało wykonane przed 1985 rokiem. Wygląda na to, że spoczywało między kartkami od około 28, może nawet 30 lat, czyli od chwili, gdy czytałem powieść po raz ostatni i pewnie też pierwszy. Tylko jak trafiło w moje ręce i do tej książki? To dopiero tajemnica tajemnic, co?

2013-03-26

Meksyk II

Dokładnie 70 lat temu, 26 marca 1943 roku, chłopcy z Szarych Szeregów odbili z rąk gestapo Jana Bytnara. Wydarzenie to, w kręgach konspiracyjnych znane pod kryptonimem Meksyk II, przeszło do historii jako Akcja pod Arsenałem. Tego czynu jakże ważnego dla ludzi, którzy na co dzień żyli w okupowanej Warszawie i Polsce, dokonali byli uczniowie warszawskiego liceum Stefana Batorego. Ich starsi o rok koledzy są bohaterami mojej powieści Autoportret z samowarem. 

Było już tradycją, że podczas długiej pauzy zbieraliśmy się wszyscy w „Klubie X”. Tak nazwaliśmy stare, od dawna nie użytkowane pomieszczenie magazynowe we wschodnim skrzydle naszej szkoły, na pierwszym piętrze, w załomie korytarza. 
Przejęliśmy je w spadku po zeszłorocznych maturzystach, którzy klucz otrzymali od jeszcze starszych kolegów. Jak długo to trwało, świadczyły napisy na ścianach, niektóre z datami, a większość zawierająca niecenzuralne słowa. Były tam również rysunki pornograficzne, karykatury profesorów, mówiące o poczuciu humoru i wyjątkowym talencie anonimowego autora. 
Że maturzyści nie spotykali się tutaj tylko i wyłącznie po to, by w tajemnicy palić papierosy i rozmawiać o dziewczynach, świadczył fakt, iż tu i owdzie można było obejrzeć również jakieś matematyczne czy chemiczne zadanie. W końcu znajdowaliśmy się w liceum Batorego.
(...) Nagle z podwórka doszedł nas jakiś rwetes. Spojrzałem na zegarek; do końca pauzy były jeszcze ponad cztery minuty. Władek dopadł okienka; widok stąd nie był zbyt dobry, ale stając na palcach, można było zobaczyć kawałek dziedzińca.
– Wydaje mi się, że to pierwszaki się tłuką – relacjonował. – Jeśli dobrze widzę, to chyba Bytnar i...
– Baczyński – dokończyłem.
– Masz rację, to Krzysiek Baczyński. O, właśnie dostał w żołądek...
– Czego Janek chce od tego chuchra? – zainteresował się Heniek Kuśmider.
– Słyszałem, że Baczyński ma matkę Żydówkę, a ten fakt pewnym osobom się nie za bardzo podoba – odpowiedziałem.

2013-03-25

Adrenalina

Pisze Melania: "(..) Autor mnie zaskoczył, książka świetna... Ale po kolei. Już prolog obiecuje nam, że na kartkach książki będzie ciekawie, akcja dzieje się w ciągu tygodnia i wciąga od początki, dawka adrenaliny to wzrasta, to opada, żeby za chwilę znów wzrosnąć. Autor nie tylko przedstawia nam wciągającą akcję kryminalną, ale także mamy inne wątki, jak chociażby wizyty na planie zdjęciowym serialu żony Kostka, do tego poznajemy fabułę nie tylko ze strony policjantów, ale również zamachowca. Oprócz świetnej akcji autor raczy nas także różnymi spostrzeżeniami na otaczający świat i ludzi, jednocześnie oprowadza czytelnika po Warszawie nie tej współczesnej, ale tej z lat 80-tych (...)"
całość tutaj

2013-03-21

Czas powrotów

Nie przypuszczałem, że będę w tym miejscu recenzował płytę zespołu, w którym kiedyś śpiewałem. Ale to było kiedyś, no i nie będzie to recenzja, raczej kilka zdań refleksji. Po dwóch płytach z autorskimi piosenkami, do których napisałem teksty, Shantaż nagrał płytę z piosenkami Krzysztofa Klenczona i Seweryna Krajewskiego. Piosenkami, dodajmy, związanymi z morzem, pływaniem, jeziorami etc. Zawsze twierdziłem, że bliżej mi do Czerwonych Gitar i Trzech Koron niż do zespołów shantowych. Szlag mnie trafiał, gdy młode zespoły polskie udawały irlandzkie czy angielskie, siliły się na śpiewanie a capella i tak dalej. Środowisko shantowe to sitwa, kilka osób obstawia najważniejsze festiwale. Gdy pewni ludzie z Gdyni przejęli festiwal w Iławie, wprost mi powiedzieli, że zaproszą tu i dadzą zarobić tylko swoim! Żeby zagrać w Krakowie na Shanties, trzeba było najpierw wziąć udział w warsztatach i zapłacić za nie słono. A my nie wchodziliśmy w dupę "mistrzom", woleliśmy rockową gitarę Kawałki czy Szymańskiego niż silenie się na śpiewanie na głosy! A sama płyta? Przy pierwszym numerze, Śpiewce żeglarskiej, aż usiadłem. Raz, że pięknie wykonane, dwa, że to przepiękna, stara piosenka z tekstem Osieckiej. Wiele jest takich perełek, kilka numerów jednak wolę w oryginale. Ale to lekkie przekombinowanie to przecież nic w porównaniu z tym, co z robią jazzmani. To nic w porównaniu z Kubą Badachem, który na piosenkach Andrzeja Zauchy dokonał gwałtu. Słucha się zatem Czasu powrotów z prawdziwą przyjemnością. Polecam tę płytę szczególnie tym wszystkim młodym twórcom, którzy we wszystkich X-Factorach, Must Be The Music czy innym The Voice of Poland mało się nie zesrają, siląc się na angielszczyznę. Tyle jest przecież pięknych, starych, polskich piosenek. Ta płyta to dowód, że można.

2013-03-20

Układanie puzzli

Pisze Wiecznie zaczytana: (…) "Czytanie Trzeciego brzegu Styksu można by porównać do układania puzzli. Początkowo ogrom rozsypanych elementów, mnogość bohaterów i historii wywołuje zagubienie. Jednak z czasem oswajamy się z nimi, dopasowujemy kształty, przykładamy, widzimy już ramy i zarys, by na końcu spojrzeć na całość, która powstała z pierwotnego chaosu. Jak wcześniej wspomniałam, na uwagę zasługuje też kreacja bohaterów – ciekawych indywidualności z dobrze zarysowaną psychologią postaci. Ich rozbudowany opis oraz charakterystyka ułatwiają oswojenie się i uwiarygodnienie, powodując tym samym sympatię bądź antypatię, lecz nigdy nie pozostawiając z poczuciem obojętności. Ciekawym zabiegiem jest zaskakiwanie i rozwiązywanie zagadek, o których nie mieliśmy wcześniej pojęcia. Dzięki odwróceniu uwagi na główne śledztwo, zmiana oczywistości, w których już się wygodnie umościliśmy, utrzymuje element zaskoczenia na wysokim poziomie i nie pozwala znudzić się lekturą. Jedyne, co czasem zgrzytało, to zbytnia zawiłość i przesadna skrupulatność językowa w opisywaniu czy to samego miasta, czy lokali mieszkalnych. Daje to pewnego rodzaju poczucie nadgorliwości, która przekracza granice i powoduje uczucie przesytu. Być może za sprawą zaangażowania, a być może rzeczywiście tak jest, ale zarzut ten dotyczy jedynie początkowych rozdziałów. Później wzrok gładko sunie po kolejnych stronach, nie dając czasu na refleksję, dopóki nie dojdziemy do końca historii" (…) całość tutaj

2013-03-19

Czterdzieści lat wcześniej

Pracując nad książką, której bohaterowie rozwiązują zagadki kryminalne i historyczne we Fromborku, nie mogłem nie zajrzeć do powieści Zbigniewa Nienackiego Pan Samochodzik i zagadki Fromborka. Po raz pierwszy czytałem ją, mając lat może z dziesięć, a może dwanaście. I do dziś wracam do niej z przyjemnością. Chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, że dla mnie seria o przygodach Pana Samochodzika zaczyna się Wyspą Złoczyńców, a kończy Człowiekiem z UFO. Ewentualnie jestem skłonny zaliczyć do niej także trzy wcześniejsze powieści Nienackiego oraz dwie dokończone przez jego ucznia, Jerzego Ignaciuka. Wszystko inne to dla mnie hochsztaplerka w najczystszej postaci! A zatem – Frombork i skarby ukryte pod koniec wojny przez pułkownika Koeniga. Tu już pierwsze "ale". Nienacki pisze o nim "pułkownik SS", a przecież powinien "Standartenführer", skoro mowa o SS. Ale nie czepiajmy się. Jest mowa o poszukiwaniach grobu Kopernika, pavimentum, wieży, kanoniach, czyli o wszystkim, co najciekawsze i co u mnie znajdzie się również. Za każdym razem znajduję w tej powieści coś nowego. To książka dla młodzieży, więc trochę naiwna, ale to w żaden sposób nie razi. Na koniec paradoks – kiedyś słyszałem zdanie, że dziś pozytywnym bohaterem książki byłby nie pan Tomasz, a… jego wróg, Waldemar Batura. Obrotny, działający na granicy prawa, sprzedający na zachód dzieła sztuki. A Pan Samochodzik to przecież PRL-owski urzędnik, w dodatku ORMO-wiec!

2013-03-18

Podziemne rzeki

Siostra Pelagia mnie chyba przejrzała: "Jeden z moich faworytów na polski kryminał 2012. Trzeci brzeg Styksu przeczytałam dwa razy, bo sporo wątków i pomysłów (niektórzy twierdzili, że nawet aż za dużo). Reklamowany jako kryminał retro, a to raczej odstrasza i zapowiada nudę. Fascynujący żywy obraz Łodzi i w czasie czytania nie sposób uniknąć skojarzeń z Podziemnymi rzekami Londynu Christophera Fowlera (...)" Przeczytać całość i śledzić wątek można tutaj

2013-03-13

Cyzeluję, czyli odchudzam

Gdyby kiedyś ktoś powiedział mi, żebym z 300 napisanych w pocie czoła strony zrobił 200, pewnie bym się oburzył święcie. Potem zaśmiał się nerwowo. A potem odmówił. Ale czas płynie, człowiek się, mam nadzieję, rozwija. Dziś wiem, że gdy przystępuję do kolejnej autokorekty, muszę myśleć nie tylko jako autor, ale również jako… czytelnik tej książki. A współczesny czytelnik jest niecierpliwy. Nie można przeciągać struny. Zapomnieć o blachach tekstu i kwiecistych zdaniach, dygresjach, rozbudowanych opisach. Dziś książkę czyta się krótkimi rozdziałami, od przystanku do przystanku, od jednej stacji metra do drugiej. Dialogi, częste akapity. Nie ma tu wcale ironii, ja naprawdę tak myślę! Dlatego sam zdecydowałem się obciąć tych sto niemal stron, zrezygnować z kilku wątków i postaci, przenieść je gdzie indziej, może do innej powieści. Zaprzyjaźniony autor powiedział kiedyś, że sztuka pisania to także sztuka skreślania. I już widzę, po trzech dniach pracy, że lżej się oddycha. Wiem, że zdradzam sekrety warsztatu, ale trudno. To mogę zrobić. A może to nie żaden sekret? Może każdy to wie…? Tak czy inaczej po roku redaktor Tomasz Horn, bohater Ornatu z krwi, wraca przypadkowo do Fromborka, by rozwikłać kolejną zagadkę.

2013-03-11

Nowy stary pomysł

Dzwoni Mirek Sochacki z Radia Olsztyn z prośbą o komentarz do swojego materiału. Materiał jest o klasach mundurowych, które organizowane są w zwykłych liceach. Co ja, były uczeń takiej nie tyle klasy co szkoły i autor opowiadającej o życiu w takim miejscu Fabryki frajerów, o tym sądzę? Z jednej strony ciężko to porównać, bo my byliśmy zamknięci, my musieliśmy iść do szkół oficerskich, choć i mieliśmy to zagwarantowane. Dziś dla młodego człowieka praca w mundurze to marzenie. Nie mówiąc już o tym, że w takiej klasie, gdzie jest dyscyplina i działania zespołowe, mniej głupot do głowy przychodzi. I to ma być pointa mojego komentarza. 

2013-02-27

Tomasz Horn wkracza do akcji

Ornat z krwi, powieść otwierająca serię książek o dziennikarzu Tomaszu Hornie, który ma talent do wikłania się w trudne sprawy, ukaże się już 2 sierpnia. Dekoracje to Warmia, Mazury, Powiśle, Żuławy i Pomorze Gdańskie. Wśród bohaterów, prócz Tomasza i pięknej pani archeolog, znajdą się księża, policjanci, komandosi, rosyjscy szpiedzy oraz członkowie pewnej sekty, zaś w planie historycznym – święty Wojciech, Werner von Orseln, Mikołaj i Andrzej Kopernikowie. Będzie się działo. Pełna zapowiedź książki na stronie Oficynki

2013-02-26

Ostatnia strona, ostatnie zdanie…

… wreszcie jest. Trwało to trochę, ale cieszę się bardzo z tego wysiłku. Od miesiąca siedziałem nad trzema rozdziałami Intermezzo, osadzonego w realiach Rosji czasu rewolucji październikowej, a wszystko to jest częścią powieści Autoportret z samowarem. Dzieje się tam dużo, choćby tak:

Nieznajomy rozejrzał się dookoła. Był to mężczyzna około trzydziestoletni, szczupły, czarniawy. Prócz czapki, która raczej nie wzbudzała zaufania, szczególnie w takim miejscu, miał na sobie wojskowy szynel bez dystynkcji. Wielu podobnie ubranych osobników włóczyło się po rewolucji ulicami Piotrogrodu. Jan miał wrażenie, że skądś zna tę twarz. 
– Dobrze, że pan jest – podjął nieznajomy. – Ale będzie jeszcze lepiej, jeśli pan… stąd jak najszybciej pójdzie.
– Nie rozumiem.
– Proszę mnie posłuchać. Jestem Polakiem, byłym porucznikiem lejbgwardii. Teraz pracuję dla bolszewików w oddziale aprowizacyjnym. Kilka dni temu widziałem pana z żoną na spotkaniu w restauracji hotelu „Grand”. 
W tej chwili Jan przypomniał sobie tego człowieka, który pokazał żołnierzom swoją legitymację, dzięki czemu go wypuścili.
– Widziałem wszystko, co się wtedy wydarzyło – ciągnął tamten. – Wiem też, co wydarzyło się potem…
– O Józiu?
– Tak. Oni mają państwa dziecko.
– Ale ja muszę zdobyć pieniądze – rzekł Jan płaczliwym głosem. – Inaczej go zabiją.
– Jeśli pan tu zostanie, zabiją… pana. Tak jak zabili Suworowa, a wszystko po to, żeby pan przyszedł na dworzec Witebski, a potem tutaj. 
– Powiedzieli, że zarobię tu pieniądze! – upierał się Jan.
– A powiedzieli, co będzie musiał pan zrobić?
– Nie.

2013-02-21

Powtórka z historii?

Przedwczoraj na Uniwersytecie Warszawskim banda zamaskowanych osobników usiłowała wedrzeć się na wykład. Te mury widziały już kiedyś podobne sceny. Mam nadzieję, że nie grozi nam powtórka z historii. Pisałem o tym niedawno:

Otoczyli nas, mnie i leżącego w śniegu chłopaka. Już jeden stuknął się lagą w otwartą dłoń. Musiała go bardzo świerzbić ta ręka.
– No to się doigrałeś – syknął, patrząc na mnie bykiem; wyglądał mi na takiego, co wydaje polecenia, decyduje: „bić i kopać” lub tylko „kopać”.
Przez pierścień, który mógł mieć średnicę dziesięciu metrów, przedarł się drugi z żydowskich studentów, ten z teczką, przy pomocy której próbował się bronić. Miał szansę uciec, ale nie zrobił tego. To jednak odrobinę tylko poprawiło rachunek na naszą korzyść.
– Bronisz Żydków? – stwierdził bardziej niż zapytał przywódca grupy korporantów.
– Nie twoja rzecz – odburknąłem.
– Mylisz się, moja.
– Tak?
– Owszem. To my decydujemy, kto będzie wchodził na uniwersytet i gdzie będzie siedział na wykładach. Każdy Żyd ma wpisane w indeksie swoje miejsce…
– Nie jesteśmy na wykładzie – zauważyłem przytomnie.
– Ja cię go chyba kojarzę – wtrącił się inny z „tych lepszych”, po czym rzekł do szefa. – To chyba on pomógł uciec tej wszy, Mendelssohnowi. Pamiętasz, Roman?
– Tak – potwierdził chłopak nazwany Romanem. – Wciągnął go do tramwaju.

2013-02-19

540 lat temu…

… urodził się Mikołaj Kopernik, jeden z bohaterów powieści Ornat z krwi, której premiera już latem. Z tej okazji fragment, jeszcze przed redakcją.
 Szpital Świętego Ducha znajdował się o kilka minut marszu na wschód. Jak każdego dnia, tak i dzisiaj przed drzwiami budynku tłoczyli się ludzie. Chromi, pół ślepi, pokryci wrzodami, ranni w jakiejś potyczce, awanturze czy przy pracy, owinięci w szmaty za sprawą bolących zębów, niedomagający w inny sposób – wszyscy szukali pomocy u tego, co wiedzę medyczną posiadł aż w dalekiej Italii, w mieście Padwie. 
Lekarz kapitulny wkładał w swoją pracę wiele serca i wiele mądrości, w dodatku wciąż posiłkując się radami zawartymi w kilku opasłych księgach. Nie zawsze jednak potrafił ulżyć w cierpieniach, co jednak nie powstrzymywało okolicznej ludności przed poszukiwaniem pomocy właśnie na fromborskim Katedralnym Wzgórzu.
Andrzej jeszcze nie doszedł do drzwi, a już zauważył poruszenie, jakie wywołał wśród pacjentów oczekujących na spotkanie z medykiem. Szepty, trącanie się łokciami, spojrzenia, w których obawa mieszała się z odrazą. Już stojący najbliżej, bardziej ze strachu niż życzliwości, jęli się rozstępować, by przepuścić oszpeconego okrutnie przybysza. 
– Nieczysty – rozległ się czyjś głos, co zabrzmiało jak ostrzegawczy dzwonek, ponaglający nieruchawych, przekonujący wątpiących.
– Ludzie, ja tylko... – jęknął i tchu mu zabrakło. 
Nie próbując nawet prostować nieporozumienia, szpital nie był wszak leprozorium, Andrzej narzucił na głowę kaptur, mimo że dzień zrobił się dość ciepły, i ruszył szerokim szpalerem. Starał się unikać wzroku stojących po bokach, co było rzeczą łatwą – mało kto bowiem odważył się spojrzeć w oczy chorego, jakby w obawie, że i w ten sposób zarazi się nieuleczalną chorobą. 
Ktoś jęknął na straszny widok, ktoś przeżegnał się dyskretnie, inny ręką zakrył oczy zaciekawionemu dziecku. Współczuli mu, nienawidząc. Nienawidzili, obawiając się. Wielu z trwogą albo wręcz przeciwnie – z ulgą popatrywało na własne blizny, rany, znamiona.
Po kilku chwilach przybysz stał samotnie przed drzwiami izby, w której przyjmował doktor. Oto wychodziła z niej jakaś kobieta z maleńkim dzieckiem na ręku; tak poruszona, że nie zwróciła uwagi na stojącego przed nią mężczyznę w kapturze.
– Wejdźcie, wejdźcie śmiało – dobiegł z głębi izby głos, na którego dźwięk serce Andrzeja zabiło żywiej.
– Niech będzie pochwalony – rzekł, wchodząc do pomieszczenia.
– Na wieki wieków – odpowiedział siedzący za dużym, dębowym stołem doktor, by od razu przystąpić do rzeczy. – Co dolega? 
Przybysz powoli zdjął z głowy kaptur podróżnego płaszcza. Nie doczekawszy się odpowiedzi, medyk podniósł wzrok.
– Andrzej?
– Mikołaj!

2013-02-18

Hipnotyzer

O moim słuchowisku Sponsor wspomina w swoim artykule w Dzienniku Teatralnym Janusz Łastowiecki. Tekst dotyczy innej sztuki, ale z moją łączy ją osoba aktora, który gra główną rolę. To Adam Woronowicz. Zgadzam się z autorem, że aktor ten ma głos, który gra na wielu rejestrach, pobudza różne struny. Taki był też w Sponsorze, za co mu zresztą podziękowałem. Zawsze dziękuję aktorom, którzy grali w moich sztukach. Raz  przez telefon, innym razem, gdy jest okazja, osobiście. Dobrze by było znów podziękować, tylko najpierw trzeba coś napisać. nie? A z tym gorzej. Coś czuję, że proza wciągnęła mnie teraz bez reszty. Cały test J. Łastowieckiego tutaj

2013-02-14

Tuwim i Telimena

Dziś rano, w drodze do pracy, spotkałem w tramwaju Jacka M., z którym kiedyś, przez lat siedem, pracowałem w jednym tygodniku. Jacek jest grafikiem i od szesnastu lat codziennie dojeżdża pociągiem z Łodzi do Warszawy. Gdyby ktoś chciał mnie oskarżyć o koniunkturalizm lub wchodzenie innym w szkodę, mój kolega mógłby świadczyć, że moja miłość do Łodzi trwa od dawna. Bo to między innymi dzięki jego opowieściom powstała przed laty sztuka Tuwim i Telimena, która rozgrywa się właśnie w pociągu na trasie Warszawa-Łódź. Nie udało mi się jej, niestety, nigdzie wystawić, choć było blisko. Ale co się nasłuchałem, to moje. Zastanawiam się tylko, czy się aby nie zestarzała, wszak tabor nowy, ludzie też nieco już inni. Jacek mówi, że to, co było kiedyś, to piękne wspomnienie w porównaniu z tym, co jest dzisiaj. To chyba prawda: zamiast godziny z kawałkiem podróż między miastami trwa ponad dwie. I nie jest już tak romantycznie jak w Lalce czy Annie Kareninie.

2013-02-13

Mój kumpel Joseph



"(...) Raz – jeszcze w wielkim obozie Bad Aibling – trzy papierosy marki camel przyniosły mi torebeczkę kminku, który żułem, wspominając przyprawioną kminkiem wieprzowinę z kapustą: przepis zawieruszonego mistrza.
I tym wytargowanym kminkiem częstowałem mojego kumpla, z którym w długotrwałym deszczu siedziałem pod płachtą namiotową i trzema kostkami grałem być może o naszą przyszłość. Oto on, nazywa się Joseph, przekonuje mnie do czegoś – nieodmiennie cicho, ba, łagodnie – i nie daje o sobie zapomnieć.
Ja chciałem zostać tym, on tamtym.
Ja mówiłem, że jest wiele prawd.
On mówił, że jest tylko jedna.
Ja mówiłem, że już w nic nie wierzę.
On piętrzył dogmaty.
Ja wołałem: Joseph, ty chyba chcesz zostać wielkim inkwizytorem albo czymś jeszcze wyższym (...)

Günter Grass, Przy obieraniu cebuli.

Mam nadzieję, że mój ulubiony pisarz nie wybiera się emeryturę…

2013-02-11

Po co są pisma literackie?

Wreszcie ktoś powiedział o tym wprost. W miesięczniku "Polonistyka" (nie czytuję, znalazłem to na blogu jednego autora) ukazał się wywiad z pisarzem Stefanem Chwinem. Profesor włożył kij w mrowisko, nie pozostawiając suchej nitki na polskich periodykach literackich. O "Zeszytach Literackich" powiedział między innymi: "bolączką Zeszytów jest obracanie się w dość zamkniętym kręgu nazwisk. Niekiedy wygląda to tak, jakby grupa znajomych z uprzejmą życzliwością pisała o sobie nawzajem”. 
A według mnie 99 procent pism tego typu w naszym kraju działa właśnie w ten sposób! Ludzie założyli je po prostu po to, by móc gdzie zamieszczać swoje teksty. Teksty, które są nie dość długie lub nie dość dobre, by wziął je jakiś wydawca i wydał w postaci książki. A potem ci sami autorzy zamieniają się w krytyków (albo krytykują anonimowo) i w dziale recenzji pastwią nad książkami tych, którym się udało. Na pozostałych stronach nuda, nuda i jeszcze raz nuda, pseudointelektualny bełkot. A najgorsze jest to, że na działalność swoich pism ludzie ci otrzymują dotacje z ministerstwa. Pieniądze, które mogłyby być spożytkowane w inny sposób, choćby na pomoc bibliotekom na wsiach i w małych miasteczkach. 
W połowie lat 90. powstało pewne pismo literackie, którego redaktorzy płacili autorom za teksty. I rzeczywiście, przez pewien czas publikowali tam literaci z całej Polski. Jak się okazało, nie ma nic darmo. W tym samym czasie ci sami redaktorzy, którzy byli też poetami, zaczęli "przypadkiem" wygrywać wszystkie konkursy literackie… 
Na szczęście są wyjątki i pisma, które bierze się do ręki z przyjemnością, które są otwarte na świat, w których coś się dzieje. Takim pismem jest niewątpliwie "Lampa".

2013-02-08

Gdzie świeczkę zapalić?


To on w dramacie Szekspira krzyczał: Królestwo za konia! Angielski król Ryszard III. Kilka dni temu badania DNA potwierdziły, że to jego szkielet znaleziono pod jednym z parkingów w Leicesterze. Największy podziw budzi to, że władca nie żyje do roku 1485, a jednak jego identyfikacja była możliwa. A u nas? Ile czasu mocowano się z Kopernikiem. Dziś mówią, że szczątki, które złożono pod podłogą katedry we Fromborku, na pewno należały do astronoma. A ja mówię, że nie jest to takie oczywiste (więcej na ten temat w powieści Śmiertelna misja za czas jakiś). 
Chciałbym przy okazji poruszyć inny temat, mianowicie: czy wiemy, gdzie leżą najwięksi polscy pisarze? Wawel w przypadku Mickiewicza i Słowackiego, Skałka (Miłosz, Wyspiański), Katedra św. Jana w Warszawie (Sienkiewicz), Powązki (Prus, Reymont itd). Ale jeśli chodzi o ojców polskiej literatury, tu już mamy kłopot. Nie wiemy, gdzie został pochowany Mikołaj Rej. Niektórzy badacze twierdzą, że w Oksy, które to miasto (dziś wieś) Rej założył. Jeszcze ciekawsza historia wiąże się z Janem Kochanowskim. Zmarł w Lublinie i najprawdopodobniej pochowano go właśnie tam, a dopiero na początku XVII wieku przewieziono szczątki do w Zwolenia. W artykule poświęconym poecie czytamy: „29 kwietnia 1791 roku Tadeusz Czacki wyjął czaszkę Kochanowskiego z trumny, a następnie przechowywał ją przez kilka lat w swojej posiadłości w Porycku. 4 października 1796 roku przekazał ją ks. Izabeli Czartoryskiej, która dołączyła ją do zbioru powstającego wówczas muzeum w Puławach. Po upadku powstania listopadowego czaszkę przewieziono do Paryża, przechowywana była w Hotelu Lambert. Obecnie znajduje się w Muzeum Czartoryskich w Krakowie, dokąd została zabrana po 1874 roku. Jednak według antropologów jest to najprawdopodobniej czaszka kobiety" więcej Kojarzy mi się to z inną historią, znacznie świeższą. Mieli przywieźć z Jezior Witkacego, a też przywieźli kobietę…

2013-02-06

Rozwiązanie konkursu

A jednak ludzie czytają, a jeśli nie czytają, to przynajmniej pamiętają. Na konkursowe pytanie: co kupił drugi gość sklepu galanteryjnego J. Mincel i S. Wokulski w Lalce Bolesława Prusa, przyszło wiele prawidłowych odpowiedzi. Oczywiście klient ów kupił kalosze. Wczoraj odbyło się losowanie, Trzeci brzeg Styksu z dedykacją wysyłam do dwóch laureatek. Więcej o konkursie i innych ważnych sprawach naszej kampanii tutaj

2013-02-05

Do dojrzewalni

Kolejny etap prac nad czymś, co duże, zupełnie inne niż wszystko dotąd, co poza cyklami i wymarzone od dawna, już za mną. Teraz, jak ser, do dojrzewalni. Jak piwo – do kadzi, koniecznie otwartej. A kończyć się będzie tak lub podobnie:

Zanim Alek się spostrzegł, cały sowiecki oddział rozpłynął się w powietrzu. Został tylko człowiek w płaszczu i dwóch żołnierzy.
– Idziemy – rzucił jeden z nich, wąsaty.
Ruszyli leśną drogą, Alek pierwszy, za nim dwóch sołdatów, na końcu cywil, najpewniej najstarszy pośród nich stopniem. Jeden z żołnierzy zaczął pogwizdywać, ale zwierzchnik uciszył go jednym burknięciem. Drugi zapalił papierosa, nie wzbudzając już sprzeciwu. No, może poza Alkiem, który w życiu nie wąchał takiego smrodu.  
Kiedy sołdaci zaczęli rozmawiać między sobą po rosyjsku, a Alek uświadomił sobie, że to przecież niemożliwe, żeby przekroczył nieświadomie granicę. I że nie on był teraz intruzem, tylko ci trzej. I tamci, którzy pewnie nadal kryli się w lesie. 
Tylko co powinien teraz zrobić? Wołać pomocy? Przecież w tej wsi na końcu świata nie było nawet jednego policjanta!
Po kilku chwilach las zaczął rzednąć, po lewej stronie pojawiły się jasne plamy. To było jezioro. Alek gwałtownym szarpnięciem runął w bok, pomiędzy rzadkie krzaki. 
– Stoj! – krzyknęli za nim.

2013-02-04

Na podium!


Forum Kryminały i Sensacje, skupiające miłośników powieści z dreszczykiem, blogerów piszących o, jak sama nazwa wskazuje, kryminałach i powieściach sensacyjnych, jak co roku przyznało Honorową Nagrodę Celnego Strzału 2012 w kategorii zagraniczna powieść kryminalna/sensacyjna/thriller. Wygrała książka Jo Nesbo Upiory. Po raz pierwszy głosowano też na Polską Złotą Dziesiątkę (wspominałem o tym po raz pierwszy trzy tygodnie temu). W rankingu tym Trzeci brzeg Styksu zajął trzecie miejsce. Jak zresztą sama nazwa wskazuje :) Wszystkim, którzy głosowali na mój kryminał, gorąco dziekuję. I obiecuję więcej!

Szczegóły tutaj

2013-02-01

Skrojony pod gusta współczesnego czytelnika

Na stronie BolekCzyta recenzja Trzeciego brzegu Styksu: "(...) Rzecz jasna można wytykać autorowi jakieś niekonsekwencje i nielogiczności w fabule, czy nieprawdopodobieństwo opisanych zdarzeń. Ale na miły Bóg, czy tzw. prawdopodobieństwo to rzecz fundamentalna w literaturze? Oczywiście, że nie! Ważne, żeby stworzony przez pisarza świat był na tyle spójny, by czytelnik traktował go jak coś rzeczywistego. Uniwersum powieści Beśki było spójne na tyle, że ta kryminalna historia dziejąca się w Łodzi doby Ziemi obiecanej totalnie mnie wciągnęła (...)  I choć to kryminał retro, to skrojony jest on pod gusta jak najbardziej współczesnego czytelnika. A ja nie mogę się już doczekać kolejnej części cyklu retro Krzysztofa Beśki – Pozdrowienia z Londynu.(...)" całość tu

2013-01-31

Co kręciło młodych

Do tego się zawsze przyznaję bez bicia: w liceum nie czytałem lektur. Nie czytałem ich też na studiach filologicznych. Wszystko przeczytałem dopiero po, kiedy podjąłem pierwszą pracę i miałem zbyt dużo wolnego czasu. Wtedy to dopiero była przyjemność. Ale jakoś nie wziąłem nigdy do rąk powieści Popiół i diament Jerzego Andrzejewskiego. Film Wajdy, owszem, widziałem, i to parę razy, głównie ze względu na świetnego, miotającego się Zbyszka Cybulskiego. Jakiś czas temu wygrzebałem egzemplarz (taki jak na zdjęciu obok) całkiem jeszcze dobry w kartonowym pudle, wystawionym w… skupie złomu. Za złotówkę. I kilka dni temu skleiłem i zacząłem czytać. Byłem ciekaw, ile jest z książki w filmie, a przede wszystkim potrzebowałem dowiedzieć się, co kręciło młodych chłopaków na przełomie lat 30. i 40., co było mi potrzebne do pisania. W omówieniu powieści czytam, że początkowo Andrzejewski planował napisać opowiadanie o adwokacie, który trafia podczas wojny do obozu, gdzie zostaje oprawcą. Ale utwór rozrósł się do rozmiarów powieści. To widać, choćby z początkowego, męczącego fragmentu o historii Kossowskich. Potem autor przyspieszył, ale mam wrażenie, że wielu spraw nie dokończył, choćby wątku organizacji nastolatków, którzy chcieli walczyć z nową władzą. Podsumowując: książka to szeroka panorama wszelakich postaci i losów ludzkich, ciekawa i przydatna lektura.

2013-01-30

Zagadka marszałka


O takich dniach zwykło się mówić, że odtąd nic już nie było tak samo. 80 lat temu, 30 stycznia 1933 roku, prezydent Niemiec, marszałek Paul von Hindenburg, mianował kanclerzem Adolfa Hitlera, zmieniając losy Niemiec i świata. Rok później Hitler połączył swój urząd z urzędem prezydenta i przejął zwierzchnictwo sił zbrojnych, co stało się po śmierci marszałka. Miało to miejsce w majątku Hindenburgów i pewnie nigdy się nie dowiemy, czy staremu marszałkowi nikt nie pomógł wtedy zejść z tego świata. O tym i o sprawach innych, nie mniej ciekawych, można będzie przeczytać w mojej powieści Krypta Hindenburga, będącej trzecią częścią przygód redaktora Tomasza Horna. A zaczyna się ona tak:
(...) Usiedli. Niepewnie, ostrożnie, bo drewniane krzesełka wyglądały na takie, które fachowiec wykonał, owszem, sumiennie, wykorzystując nabytą po drodze od czeladnika do mistrza wiedzę, tylko że najpewniej miało to miejsce jeszcze w ubiegłym wieku. Po sekundzie okazało się jednak, że nie będzie tak źle: pod ciężarem berlińczyków siedziska i nogi tylko lekko zaskrzypiały.
– Jak już zapewniałem w rozmowie telefonicznej – zaczął obertsleutnant Schumacher, a wypowiadał się z widocznym trudem, co chwila zacinając się i przełykając ślinę – Uwzględniliśmy sugestie pańskiej pracowni architektonicznej – spojrzał na Schmidta – oraz przygotowaliśmy nasz batalion wartowniczy do pełnienia służby podczas tej szczególnej uroczystości – tu przeniósł wzrok na von Belowa. – Jednym słowem Denkmal jest gotowy na przyjęcie zwłok nieodżałowanego prezydenta Republiki Weimarskiej i marszałka. Tym samym życzenie kanclerza zostało spełnione... – ostatnie słowa wypowiedział szeptem na wydechu, wykorzystując do cna powietrze, które mu zostało.
Sens wypowiedzi był jednak czytelny: życzenie Adolfa Hitlera zostało spełnione. Problem w tym, że nie zostało spełnione życzenie... samego zainteresowanego – pomyślał przybyły architekt, a i myśl taka mogła równie dobrze pojawić się także w głowie majora. 
Bo przecież Paul von Beneckendorff und von Hindenburg, mimo że przed siedmioma laty osobiście odsłaniał pomnik swojej chwały, wcale nie chciał był pochowany w tym miejscu! Zdecydował o tym sam führer, który chwilę po śmierci prezydenta zaczął dzierżyć władzę należną wcześniej obu (był zresztą pod Tannenbergiem równo rok wcześniej, gimnastykował prawą rękę, ćwiczył gardło i widać wówczas miejsce to sobie upatrzył). 
Ciało Hindenburga miało być przewiezione z jego majątku rodowego w Neudeck. Za dwa dni na polach otaczających Tannenberg-Denkmal zaplanowano uroczystość pogrzebową. Miała być wielka, niepowtarzalna, wszak chowano prezydenta kraju, mimo że z jego zdaniem coraz mniej się liczono. Na pogrzeb wybierał się sam führer. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Malowano płoty, zamiatano uliczki, prasowano flagi, gestapo węszyło w Hohenstein, a także okolicznych wsiach w poszukiwaniu "elementu".
Na miejsce wiecznego spoczynku feldmarszałka wybrano dziedziniec budowli. Na jego środku stał dwunastometrowy, drewniany krzyż, który przed laty obito miedzianą blachą, pod nim zaś znajdował się grób dwudziestu nieznanych żołnierzy niemieckich, poległych w bitwie pod Tannenbergiem w 1914 roku. Rozkazem Hitlera ich szczątki przeniesiono w inne miejsce (prace trwały całą ubiegłą noc...), czyniąc miejsce dla trumny z ciałem Hindenburga. Schmidt nie zgłosił w tej sprawie żadnych uwag. Przed chwilą podpisał wszystkie potrzebne dokumenty.(...)

2013-01-29

Limkleryk pro memoria

Wczoraj kardynał Józef Glemp spoczął w archikatedrze warszawskiej. Prymas senior był także, przez dwa lata, biskupem warmińskim, nie mógł więc nie znaleźć się w moich Limklerykach. Jak sama nazwa wskazuje, są to limeryki, czyli zabawne pięciowersowe wierszyki – gdzie pierwszy wers to zawsze imię i nazwisko bohatera – poświęcone wszystkim biskupom warmińskim (oburzonych od razu uprzedzam, że książka była konsultowana tak z historykami i teoretykami literatury, jak i osobami duchownymi). Józefowi Glempowi, którego, mimo że nie jestem członkiem Kościoła, zawsze ceniłem, poświęciłem aż dwa limeryki. Pozwolę sobie przytoczyć drugi z nich.

Józef Glemp
Pewnego dnia ogłosił wolny wstęp
Do Świątyni Bożej Opatrzności,
Zajmując miejsce w loży dla specjalnych gości
Wśród… wysokiej trawy kęp.

2013-01-28

Tekst na okładkę

Dzwoni z Poznania pan Tomasz, sekretarz redakcji w Rebisie, z prośbą o tekst na okładkę Pozdrowień z Londynu. Zażartowałem, że będę musiał sobie… przypomnieć, o czym jest powieść. Pośmialiśmy się, choć trochę w tym prawdy jest. Nie to, że nie pamiętam. Problem w samym napisaniu takiego teasera. Co jest ważne, a co mniej. Jak zachęcić czytelnika, by po książkę sięgnął. Gdzie się zatrzymać, by nie powiedzieć za wiele. Czytelnik jest niecierpliwy, szczególnie taki, który kupuje w sieci. Tekst na okładce będzie z pewnością nieco krótszy niż ten, który zostanie zamieszczony chociażby na stronie empik.com. I tak dalej, i tak dalej. Napisałem, wysłałem.

2013-01-25

Konkurs modowo-literacki

Że moda i literatura zawsze szły w parze, wiedział już doskonale Oscar Wilde. Dlatego działamy z ochotą w kampanii Książka jest kobietą. Zapraszam do udziału w konkursie. Pytanie wymyśliłem jedno, ale dość ambitne, myślę. Szczegóły tutaj

2013-01-24

Wulgaryzmy i brutalność


A nie mówiłem: dać na banderolę ONLY FOR MEN! Czy jakoś tak. Nie byłoby takich historii jak ta sprzed ponad dwóch miesięcy. Czytam: "Powieść Fabryka frajerów przeniosła nas  w lata 80. XX wieku, za mury liceum wojskowego, w czasy naszej młodości. Nie zgodziłyśmy się z powszechnym zdaniem krytyków, że Fabryka frajerów jest znakomitym czytadłem. Wulgaryzmy i brutalność rażą. Może autor i szukał inspiracji w Przygodach dobrego wojaka Szwejka, ale tamtej lekkości i poczucia humoru nie znalazłyśmy w omawianej powieści. Zastanawiałyśmy się nad celem, jaki przyświecał autorowi. Czy chciał on opisać rzeczywistość sprzed dwudziestu lat, czy też miała to być uniwersalna opowieść o rozwianych marzeniach i zgubionych ideałach naszego pokolenia i zarazem każdego pokolenia..." 
A ja nie zgadzam się, szczególnie z pierwszym zdaniem. Z tego, co widzę i co czytam, okres młodości dyskutantek to raczej… późny Hemingway. Ale teraz przynajmniej wiem, dlaczego nie zapraszają mnie na spotkanie do biblioteki w rodzinnym mieście… Relacja ze spotkania przy kawie, które zepsuła moja książka, tutaj

2013-01-23

Karakuliambro

I znów rocznica, choć tym razem nie okrągła. 108 lat temu, 23 stycznia 1905 roku, urodził się Konstanty Ildefons Gałczyński. Myślę o nim zawsze, gdy mijam głaz przy Towarowej w Warszawie, leżący w miejscu, gdzie stała kamienica, w której mieszkał. Kilka razy odwiedzałem leśniczówkę Pranie, tak z wody, jak i z lądu. Zdążyłem wysłuchać tam Wojciecha Siemiona recytującego wiersze twórcy Zielonej Gęsi. Gałczyński przez długie lata pozostawał pod wpływem Mickiewicza. Kto dziś inspiruje się Gałczyńskim? Kiedyś słyszałem, że można owe wpływy znaleźć w moich wierszach. Możliwe, choć to już zamknięty rozdział. Konstanty Ildefons Gałczyński, choć kojarzony jest z wieloma  miejscami, to dziś także ambasador Warmii i Mazur, choć w mojej ocenie słabo dość wykorzystywany. Jest wiele pięknych wierszy, ale wspomnę tu tylko jeden. Usłyszałem go po raz pierwszy właśnie na Jeziorze Nidzkim, Piotr S., dziś dyrygent i pedagog, na chybił-trafił otworzył tomik, który właśnie kupiłem, i przeczytał:

Siódme niebo.

Zima była, gdy wysiadłem z autobusu 
i rzuciłem się w twoje ramiona, 
i twych włosów, twych wieczornych włosów 
ogarnęła mnie woń niezmierzona. 

Księżyc zniżył się, błysnął nad klamką, 
potem odszedł i wplątał się w drzewo. 
Pierścień nocy nad nami się zamknął 
i zaczęło się siódme niebo.

2013-01-22

Powstanie styczniowe

150 lat temu, 22 stycznia 1863 roku, wybuchło powstanie styczniowe. Rocznica okrągła, data szczególna, więc pewnie będą dziś o tym trąbić w mediach, choć nie tak głośno, jak trąbią co rok 13 grudnia.
Ludzie nie znają już tej daty, zresztą trudno się dziwić. O tym, czy powstanie było błędem, czy nie, można pisać przez cały dzień i nie zakończyć tematu. Ja wspominam o tym dlatego, że Stanisław Berg, bohater Trzeciego brzegu Styksu i Pozdrowień z Londynu, jest synem powstańca styczniowego. Urodził się w tym samym roku, ojca nie poznał. Temat planuję poruszyć w trzeciej części przygód detektywa Berga. Będzie o sztyletnikach, zemście i przyjaźni między Polakami a Rosjanami, a przede wszystkim o skutkach powstania.

2013-01-21

Mnóstwo się dzieje


Wynagrodzenie ze opowiadanie zamieszczone w tej antologii wystarczyło mi na leczenie kanałowe zęba. Dokładnie jednego kanału. Z trzech. Gdzieś jeszcze czasami można natknąć się na jakąś ocenę. Na przykład taką: "(…) Trudno ocenić zbiór, bo opowiadania były bardzo różne. Ale na pewno reklama na odwrocie jest bardzo przesadzona. Na jej podstawie można wysnuć wniosek, że każde z tych opowiadań wgniata w fotel, a tak nie jest. Tak naprawdę, to spodobały mi się jedynie dwa z tych dziewięciu opowiadań: 1. Krzysztof Beśka Choroba legionistów – świetne opowiadanie trzymające w napięciu, pomysłowa fabuła nawiązująca do historii, mnóstwo się dzieje, pisane fajnym stylem z wątkami humorystycznymi (kłótnia o klimatyzację). Czego chcieć więcej? Żeby autor zamiast opowiadania zrobił z tego powieść:) Zdecydowanie pierwsze miejsce (…)"  I coś w tym jest, bo właśnie po napisaniu Choroby legionistów postanowiłem rozwijać kolejne pomysły w powieściach po wspólnym mianownikiem kryminał-thriller-sensacja. Więcej o zbiorze na lubimyczytac.pl

2013-01-18

Złoty Kościej 2012

Trzeci brzeg Styksu jest nominowany do nagrody Złotego Kościeja w kategorii Kryminał Roku 2012. Głosować można na stronie, a przy okazji poprzeć Dom Wydawniczy Rebis w kategorii Wydawca Roku 2012. By głos był ważny, należy zagłosować we wszystkich kategoriach. Można wygrać pakę książek, więc warto. Plebiscyt trwa do końca lutego.

2013-01-17

Książka jest Kobietą

Zostałem ambasadorem ogólnopolskiej kampanii Książka jest kobietą. Polak statystyczny czyta pół książki rocznie. 25 procent ludzi z wyższym  wykształceniem nie przeczytało w ciągu minionego roku żadnej książki, nawet nie wzięło do rąk albumu czy też książki kucharskiej! Czy jest szansa to zmienić? Przynajmniej będziemy próbowali. Jako że lekarz zaczyna od siebie, niniejszym donoszę, że w tym roku przeczytałem już trzy pozycje. Więcej wiadomości na temat kampanii można znaleźć tutaj.