2010-07-15

Grunwald 1410-2010

Przez całą noc męczyły go koszmarne sny.

Widział w nich rozległe, zielone, falujące łąki. Był dzień jasny, letni, upalny. Słońce wznosiło się od wschodniej strony, znad ciemniejącej na horyzoncie, grubej, choć nierównej kreski lasu, a w tym swoim śnie złym człowiek ów widział jego ruch niezwykle wyraźnie, przyspieszony, jakby nie słońcem było, a wielką, doskonałą w swoim kształcie kulą płonących ptaków – gołębi, a może wron. Trzepot ich skrzydeł. Nie, to nie skrzydła ptasie! To wiatr targał chorągwiami, zginał pierzaste czuby na lśniących w słońcu hełmach z przyłbicami. I to wiatr przecież marszczył zuchwale płaszcze jak śnieg, niwecząc kształt na nich – czarny krzyż, przed którym klękają całe narody z miłością lub jednako silną bojaźnią.

Mrowie ich prawdziwe, tysiące! Jak okiem sięgnąć, mrowie ich, Jezu Chryste! Jezu Chryste...

Brakło mu tchu. Wiatr zamarł nagle, obraz przekrzywił się nieco. Teraz żadnej, choćby najmniejszej fałdki na sztandarze czy rycerskim płaszczu. Tylko słońce, coraz wyżej, coraz bardziej palące. Zamknąć oczy, zacisnąć jak najsilniej do bólu gałek. Ale i to nie zdołało go obudzić i przerwać koszmaru.

Gdy na powrót je odtworzył albo raczej śnił, że je otwiera, słońca nie było już na niebie. Soczysto zielone łany przybrały kolor popiołu. Kiedy jednak spojrzał niżej, omal nie krzyknął z przerażenia. Wszędzie, jak okiem sięgnął, leżały ciała... Jedno obok drugiego, równo, głowa w głowę, jakby śpiący w karnym szyku, gotowi w każdej chwili jednak zerwać się na rozkaz i w takim samym szyku stanąć, bronią zadzwonić na chwałę i potęgę Zakonu, a na trwogę wrogom jego i całego chrześcijaństwa.

Ani oni wciąż tam leżeli na trawie, nieruchomi, dziwnie spokojni, z zamkniętymi oczami, którym już powieki podbiegały sinością ostateczną, a czarnymi krzyżami na piersiach leżących śmierć ułatwiała sobie ostateczny rachunek...

(z powieści Cygnus)

2010-07-13

Odnaleźć odpowiedź

"O 2:45 wykreowanych przez Krzysztofa Beśkę, Martę Syrwid, Filipa Onichimowskiego, Daniela Koziarskiego, Dawida Kornagę i wspomnianych już przeze mnie pisarzy ludzi zastaniemy w momentach pewnej życiowej próby i wówczas, gdy rozpaczliwie próbują odnaleźć odpowiedź na pytanie o sens swego życia. Będziemy mieli próby egzystencjalnych poszukiwań czynione zarówno przez twardych męskich bohaterów jak przyjaciele Onichimowskiego, Modry Beśki czy mężczyźni Kornagi, jak i przez kobiety – te zranione i oszukane jak w prozie Syrwid czy Ziętka oraz przez silną i stanowczą jak Anna z opowiadania Antoniny Turnau..."
całość na:
http://krytycznymokiem.blogspot.com/2010/07/piatek-245.html

2010-07-12

Ostatni seans

W piątek podpisałem umowę na wydanie powieści kryminalnej. Ostatni seans to pierwsza z cyklu książek o komisarzu Konstantym Podbiale, warszawskim policjancie, który został powołany do życia w opowiadaniu Choroba legionistów, opublikowanym w wydanych przez rokiem Opowiadaniach kryminalnych (wyd. Czarna Owca). Fragmencik z tej okazji:

Weszli za płot. Rozbiórka musiała mieć miejsce całkiem niedawno, widok, który zobaczyli, kojarzył się bowiem, owszem, z filmem, ale wojennym, polskim. Wszędzie ścieliły się gruzy, z których wystawały poskręcane, metalowe pręty, fragmenty blachy. Tu i ówdzie oparły się sile niszczenia pojedyncze ściany, całość zaś, niczym pianka pantenolu na świeżej ranie po oparzeniu, otulał świeży śnieg. Dokładnie na środku tej ruiny uwijali się policyjni technicy.

– Znalazł go, a raczej zobaczył z okna domu, o tam – aspirant Nowak wskazał palcem stojącą obok kamienicę – jakiś starszy facet, emeryt. Już go Konieczko wstępnie przepytał na okoliczność. Morderstwa dokonano tej nocy, około godziny... – ostatnie słowa Tymek wypowiedział celowo nieco głośniej, dochodzili bowiem do policyjnego patologa, doktora Stańczaka.

– ... między dziesiątą wieczorem o drugą w nocy – dokończył lekarz, uzupelniając coś w trzymanych w rękach notatkach. – Przyczyną śmierci było wykrwawienie po...

– ...postrzale – zgadł Kostek Podbiał.

– W brzuch – uściślił Stańczak półgębkiem.

Podeszli bliżej. Policyjny technik strzelał ostatnią serię pamiątkowych fotografii. Zwykle nieboszczycy nie robili większego wrażenia na komisarzu Podbiale, zdążył się przyzwyczaić do ich widoku. Również i teraz układ trawienny Kostka pozostawał bezpieczny, nie tylko dlatego, że mężczyzna nie zdążył zjeść śniadania. Co innego zastanawiało w leżącej postaci – mianowicie pozycja ciała.

– Tak leżał? – chciał się upewnić Podbiał, co jednak spowodowało zbiorową reakcję pozostałych w postaci pełnych pretensji spojrzeń spod dacha.

– A co? Masz jakiś pomysł? – zainteresował Nowak, na co jego partner skinął głową.

2010-07-05

Piątek, 2:45

Wydany przez wydawnictwo Filar zbiór opowiadań Piątek, 2;45, który mam honor i przyjemność otwierać opowiadaniem Zandka, już w sprzedaży. Polecam!

Wydawca reklamuje rzecz tak: "Właściwie już sobota. Ale to, co zakończone, trwa nadal; to, co się kończy, dopiero się zaczyna. Choć większość śpi, nie śpią ci, którzy nie chcą lub nie mogą, albo coś im spać nie pozwala. Ponieważ o tej porze sporo się dzieje, jak kraj długi i szeroki. Opowiadają o tym sugestywnie młodzi, zdolni autorzy, każdy w swoim niepowtarzalnym stylu. Warto wejść w głębię nocy i poznać te zajmujące historie, gdzie realizm miesza się z fantazją, powaga z groteską, a humor z dramatem. W piątek o 2:45 czas zwalnia, by nagle przyspieszyć, a sprawy duże i małe nabierają nowych znaczeń w życiu bohaterów antologii. Dzięki temu Piątek, 2:45 to solidna porcja rozrywki, jak i refleksji, doprawiona zróżnicowaną narracją i wciągającą fabułą".

2010-06-25

Olsztyn 15.06.2010

Tak było przed tygodniem z hakiem. Więcej zdjęć na stronie organizatora: http://książnica.eu/czytaj/430

2010-06-14

Spotkanie z czytelnikami

Zapraszam jutro o 17.00 do Kawiarni Literackiej Centrum Książki przy pl. Jana Pawła II 2/3 w Olsztynie (na zdjęciu obok – w lewym dolnym rogu). Spotkanie poprowadzi redaktor Wojciech Ogrodziński z Radia Olsztyn.

2010-05-31

Fragment nowej powieści

Był już następny dzień, wtorek, gdy chłopaków śpiących pokotem między grobami (chyba nikt nawet nie pomyślał o duchach, ważne było, żeby przyłożyć głowę gdziekolwiek; zazdroszczono tym, którzy byli w tej chwili w niedalekiej fabryce Pfeifera, gdzie mieli przynajmniej jakiś dach nad głową...), obudził jeden z oficerów. Jego mundur jakimś cudem był świeżo wyprasowany lub tylko sprawiał takie wrażenie, czysty, a srebrne elementy lśniły w nikłym świetle, przez co Staszkowi Kazimierskiemu przez chwilę wydawało się, że to sam podporucznik Burza ich znalazł i za chwilę rozliczy z zadania. Zadania, którego nie wykonali i nic nie wskazywało na to, że je wykonają.

– Co się dzieje, do cholery? – zapytał niezbyt przyjaźnie i niezbyt regulaminowo Korab, mrugąjąc powiekami; przyświecił sobie małą latarką: stary zegarek chłopaka, wciąż jakimś cudem nawet nie draśnięty, wskazywał parę minut po północy.

– Oddział kapitana Jana z "Brody" szykuje wypad na kolejową linię obwodową, wiecie, tę z Woli do mostu przy Cytadeli – odpowiedział szeptem oficer, również trąc oczy. – Musimy zniszczyć pociąg pancerny, który ostrzeliwuje z ciężkiej artylerii nasze pozycje tutaj, na Woli, a także na Starówce i Żoliborzu. Chcemy wspomóc "Brodę". Potrzebni są ochotnicy...

Reszta chłopaków właśnie w tym momencie zaczęła się budzić. Bronek Konopczyński stękał, wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sprawy. Wzrok Staszka powoli przyzwyczajał się do ciemności.

– Wymarsz za pół godziny z Okopowej w rejonie cmentarza żydowskiego – nadawał dalej przybysz, zupełnie jakby już ich zgodził. – Droga jest czysta, przynajmniej przez jakiś czas. Czy ktoś się zgłasza? – zapytał w końcu.

Odpowiedział mu jakiś ptak. Jaki? Cholera jedna wie! I o tej porze? Słowik to, a nie skowronek... Zresztą czy to ważne? Choć dziwne trochę, bo wszystkie się wyniosły, przepłoszone na początku walk niekończącą się kanonadą. Czemu ten człowiek przyszedł akurat do nich? Czy wcześniej pytał już kogo? – myśli przelatywały jedna za drugą, właśnie jak te ptaki, przez głowę Staszka Kazimierskiego.

Nie, nie spojrzy teraz w stronę chłopaków, mimo że niewiele widać, prawie nic. Nie weźmie tego na siebie! Przecież nawet nikt nie mianował go dowódcą...

Zatrząsł się cały. Pomyślą, że z zimna. Z pewnością tak właśnie pomyślą...

– Tak jest, panie poruczniku! – huknęło naraz spod tablicy o trudnym do odczytania, nie tylko ze względu na panujący półmrok, napisie.

To Anatol. Stał wyprężony na baczność. Liter AL nie było w tej chwili widać, zresztą opaska na rękawie chyba przekręciła się. Usta, przez które chłopak wyrzucił z siebie gniew, wciąż pozostawały otwarte jak u osoby bezrozumnej. Były takie, gdy oficer potrząsał energicznie ręką Anatola.

– Dziękuję wam, chłopcy – rzekł z zadowoleniem. – Wierzę, że się sprawicie. Będę wnioskował do dowództwa o "kawu". Dla wszystkich.

– A dacie broń? – zapytał Bromski, ale oficer go nie dosłyszał.

2010-05-28

W Radiu Dla Ciebie

Powawrzynowe refleksje, plany na przyszłość, tę dalszą i tę bliższą – o wszystkim dziś będzie gadane w Radiu Dla Ciebie, u redaktor Małgorzaty Kron. Początek o 20.30. Zapraszam!

2010-05-24

Laudacja

„Fabryka frajerów” Krzysztofa Beśki to powieść, można by rzec, typowa w swoim nostalgicznym zapatrzeniu w czas młodości i dorastania. „Fabryka frajerów” Krzysztofa Beśki to powieść szczególna, należałoby dodać, bowiem łatwo dostrzegalny rys inicjacyjny, nie pozbawia książki świeżości przekazu przy jednoczesnej uniwersalności przesłania. Lektura „Fabryki frajerów” rodzi śmiech, melancholijne zadumanie nad przemijaniem, a także podsyca ironię, która może budzić się w każdym, gdy sięgniemy kilka lat wstecz i zobaczymy siebie – naiwnego, zbuntowanego, głodnego walki i przekonanego, że niewiele trzeba, by podbić świat. Na frajerów wychowywano pewnie wielu z nas. Na frajerów w pozytywnym tego słowa znaczeniu – chętnych, by wprowadzać w życie ideały i wierzących, że jest to w ogóle możliwe. Dorosłość jednak – jak sugeruje autor – często zmienia priorytety: łatwiej wtedy nie pamiętać o ideałach oraz wszem i wobec cynicznie głosić pochwałę konsumpcjonizmu. Beśka przyjmuje perspektywę trudnego rozdwojenia – pamięta przeszłość, ale i już ją zapomniał, widzi to, co przed laty, i to, co z tamtych mrzonek i deklaracji zostało. Pisarz opowiada więc o świecie, którego już nie ma, a kiedy był, także sprawiał wrażenie nieprawdziwego, bo od tzw. zwykłych ludzi oddzielały go mury i dyscyplina wojskowa. Odizolowanie bohaterów ma swoje konsekwencje. Mała grupa ma tutaj cechy szczególne, ale i reprezentatywne dla całego społeczeństwa. Tym mocniej zapewne widoczne, że pokazane w sposób wyostrzony – ich narracja nadaje bowiem ton opowieści. Ów ton ma jednak specyficzny charakter – zanim jeszcze wybrzmi, wiemy już, że należy do świata, który przemija. Beśce udaje się więc pokazać człowieka dojrzewającego – nie tylko do dorosłości, ale i do obojętności, koniunkturalizmu, kompromisów. Główny bohater decyduje się wrócić do miejsca swojej młodości. Tam spotyka szkolnych kolegów – mężczyzn niepodobnych do chłopców sprzed lat, trochę obcych. Zaczynają się wspomnienia, chętnie przywoływane, zwłaszcza że czasy licealne w ich przypadku były dość nietypowe. Uczyli się bowiem nie w tradycyjnym liceum ogólnokształcącym, ale w liceum wojskowym. Nauka w tej instytucji nie tylko wiązała się z przyjęciem jako własnych wojskowych obyczajów, ale też z koniecznością przestrzegania wojskowej dyscypliny. Uczniowie podpisywali też cyrograf – ich losy po skończeniu szkoły miały być na zawsze związane z wojskiem jako miejscem pracy. Zobowiązanie powyższe zmuszało więc dużo wcześniej niż w dniu ukończenia osiemnastu lat do zastanowienia się nad tym, co będzie, i do podjęcia – dość beztrosko i niefrasobliwie – takich decyzji, które pozornie gwarantując wolność i wybór, faktycznie ograniczały.Beśka nie tylko cofa się do przeszłości, choć ta jest kluczową częścią opowieści – stanowi bowiem początek końca. To, czym stali się bohaterowie, jest konsekwencją tego, czego doświadczyli w liceum wojskowym. Fragmenty opisujące współczesność zajmują o wiele mniej miejsca niż rozbudowane części retrospektywne, podzielone na licealne lata: „rok pierwszy”, „rok drugi”, „rok trzeci” i „rok czwarty”. Zbliżająca się matura, to nie tylko myślenie o usankcjonowanej formalnie dorosłości, ale i coraz częstszy lęk przed tą rzeczywistością, od której oddzielają reguły funkcjonowania w szkole wojskowej. Bohaterowie okazują się więc nieprzystosowani. Przyszli strażnicy systemu doskonale umieją wypełniać rozkazy i znają mnóstwo propagandowych haseł. Problem w tym, że system zaczyna upadać. Powoli znika rzeczywistość, nad którą mieli sprawować pieczę. A skoro jej nie ma, to trochę tak jak gdyby i ich nie było. Alternatywą jest prywatność – tu tradycyjnie mało jest polityki, dużo zabawy, alkoholu, podrywania dziewczyn i kombinowania. Liceum wojskowe ogarnia chaos. Bałagan pojmowany dosłownie, ale i bałagan mentalny jest tak duży, że uczniowie coraz mniej podlegają kontroli swoich przełożonych. Konsekwencją tego jest budowanie własnych hierarchii. Schyłkowy okres PRL-u to u Beśki problem radzenia sobie i z dorosłością, i z nadchodzącą demokracją. W powieści do głosu dochodzi grupa. Jej przedstawiciele reprezentują jedno pokolenie. Pokolenie frajerów. Z miejsca, które opisuje Beśka, nikt nie wychodzi wygrany. Frajerami są wszyscy – i ci, którzy uwierzyli w to, czego uczono w liceum wojskowym, i ci, którzy z dystansem podchodzili do nauk. Dzieci przełomu mają więc tutaj swój biograficzny stygmat. Większość z nich, symbolicznie rzecz ujmując, ma wypisane na czole słowo: frajer. Problem w tym, że z bycia frajerem trudno wyrosnąć, trudno też pojąć, dlaczego nim się jest. Dorosłość oddaje się bohaterom bez instrukcji obsługi. I właśnie w tym tkwi największy ich problem. Czy taka instrukcja obsługi jest w ogóle możliwa, pozostaje nam przedyskutować tę kwestię z autorem. Gratulując mu więc zdobycia obu Wawrzynów – i Czytelników, i przyznawanego przez Kapitułę – dodam tylko, że warto o to pytać. Bernadetta Darska

2010-05-21

Wycieczka po OLW

Zapraszam dziś o 18.10 do TVP Olsztyn. W "Windzie regionu" zostanie wyemitowany reportaż o miejscu, gdzie rozgrywa się Fabryka frajerów, a raczej po tym, co z tego miejsca zostało. Oprowadzam i opowiadam osobiście.

2010-05-20

"Gazeta Olsztyńska" nr 116/2010, s. 5


Fot. Paweł Berkolec
Jestem szczęśliwy i dumny — powiedział Krzysztof Beśka, autor nagrodzonej Wawrzynem — Literacką Nagrodą Warmii i Mazur za 2009 rok — książki "Fabryka frajerów". — Nigdy nie porzuciłem Warmii i Mazur, choć od 10 lat mieszkam w Warszawie. Wracam tu moimi książkami, w tym napisanymi w konwencji dreszczowca książkami o świętym Wojciechu i Koperniku. Właśnie je ukończyłem — powiedział Krzysztof Beśka. Autor odebrał statuetkę Wawrzynu i 5 tys. złotych ufundowane przez Zakład Elektronicznej Techniki Obliczeniowej w Olsztynie. Nagrodzona powieść Beśki "Fabryka frajerów" (wydawnictwo "Nowy Świat" z Warszawy) opowiada o zapomnianym przez olsztyniaków Liceum Wojskowym na ul. Leśnej, w którym autor pobierał naukę w latach 1987-91. Jego książka zyskała również sympatię Czytelników, którzy głosując w internecie przyznali mu swój laur honorowy.

Wawrzyn dla Fabryki...

Stało się wczoraj, w Olsztynie. Fabryka frajerów została uhonorowana Wawrzynem 2009 – Nagrodą Literacką Warmii i Mazur, a także Nagrodą Czytelników. Tym samym zasiadłem obok dotychczasowych laureatów tej najważniejszej nagrody regionu: Kazimierza Brakonieckiego, Erwina Kruka, Włodzimierza Kowalewskiego i Kazimierza Orłosia.

2010-05-12

Targi Książki

Zapraszam wszystkich na Warszawskie Targi Książki, które odbędą się w Pałacu Kultury i Nauki. Będę podpisywał Fabrykę frajerów (i nie tylko) w piątek od 13.00 do 14.00, na stoisku Wydawnictwa Nowy Świat – A 47.

2010-04-26

Jeszcze o Wrzawie

Pisze Kirs na forum Wprost 24:
"A ja świeżo po lekturze "Wrzawy" Krzysztofa Beśki i zniesmaczona mocno. O młodych mieszkańcach małych miejscowości co przyjeżdżają do W-wy karierę zrobić. Z nośnym i prawdziwym hasłem hasłem "Lepsze kariery niż pegeery". Chcą kasy tylko i wyłącznie. Kasy, kasy, kasy. I takiego życia, jakie widzieli w telewizji. Nie to, że maja jakiś pomysł na siebie, że chcą czegoś dokonać. Zgodzą się zatyrać na śmierć byle za dobrą kasę. I z zasadami delikatnie mówiąc u nich cieniutko. I agresja, i zawiść w stosunku do tych, co mają. Mają, niech dają. Bo im się należy, a należy im się, bo chcą mieć. Wszystko. Oczywiście nie wszyscy są tacy. Ale tacy też tu przyjeżdżają. Oblepiają miasto jak mszyce. A najgorzej jak dostana władzę – używają jej na azjatycka modłę".

2010-04-22

Nominacja do Wawrzynu

Już po raz szósty Kapituła Wawrzynu — Literackiej Nagrody Warmii i Mazur ogłosiła nominacje do nagrody na najlepszą książkę 2009 roku. 19 maja o godz. 12 w Starym Ratuszu w Olsztynie dowiemy się, który tytuł z piątki nominowanych zwycięży. Są to:
Krzysztof Beśka — powieść "Fabryka frajerów", wydawnictwo "Nowy Świat" z Warszawy; Kazimierz Brakoniecki — tom "Polak, Niemiec i Pan Bóg: olsztyńskie szkice osobiste", z olsztyńskiej "Borussii"; Erwin Kruk — tom prozy "Spadek: zapiski mazurskie 2007-2008 ", wydawnictwo Retman z Dąbrówna; Piotr Piaszczyński — tom wierszy "Moleskine", olsztyńskie wydawnictwo "Portret"; Marta Syrwid — powieść "Zaplecze", wydawnictwo WAB z Warszawy. Zwycięzca, którego wskaże kapituła, wraz z Wawrzynem otrzyma pięć tysięcy złotych. Z piątki nominowanych książek Czytelnicy "Gazety Olsztyńskiej", słuchacze Radia Olsztyn i telewidzowie TVP Olsztyn do 17 maja mogą wybierać książkę, która otrzyma Nagrodę Czytelników. Zagłosuj!

http://kultura.wm.pl/Piecioro-wspanialych-do-Wawrzynu-,94497

2010-03-15

Nie będę płynął z prądem


Daniel Koziarski pyta, Krzysztof Beśka odpowiada:

Czy pisząc "Fabrykę frajerów" nie miałeś w sobie obaw, że polski rynek książki jest zdecydowanie nieżyczliwie nastawiony do tego typu chłopięco-męskiej prozy? Że stosując pewną typologię - czytelnik, który jeszcze naście czy dwadzieścia parę lat temu pochłaniałby "Fabrykę" z zachwytem i wypiekami, jest teraz zapalonym graczem i niewybrednym konsumentem filmów?

Książka jest swoistą spłatą długu wobec tamtych ludzi, uczniów i profesorów. Prawie nikt już dzisiaj nie pamięta, że takie szkoły w ogóle istniały. Jeśli jakieś grono koleżanek i kolegów spotka się na Naszej Klasie, a potem skrzyknie się na jakieś spotkanie, to w większości przypadków ma się gdzie spotkać. Ich szkoły stoją nadal. Mojej nie ma. Zasypano piachem, chłop przyklepał łopatą. Otrzymałem wiele sygnałów, podziękowań od bohaterów tej książki i ich bliskich, bo przywołałem wspomnienia. Ktoś powie: to za mało, za wąska grupa odbiorców, to tylko wspominkarstwo. Otóż nie: to również kawał zajmującej prozy, wierny obraz lat 80. i historia dojrzewania całego pokolenia. Nad "Madame" Libery wszyscy piali z zachwytu, a przecież to też tylko szkolna historia, w dodatku z wyjątkowo irytującym, bo wszystkowiedzącym bohaterem, takim omnibusem z Żoliborza. Nie będę płynął z prądem i wierzę, że "Fabryka..." jest w stanie oderwać ludzi od komputera czy telewizora. I nie tylko dlatego, że w telewizji zagłusza się wulgaryzmy, a w książce nie.

całość na: http://www.przystan-literacka.pl/index.php?show=2950

2010-03-08

Przypomniałem sobie...

Pisze Piotr Siwecki na stronie minimalbooks: (...) U Beśki schemat modyfikowany jest dzięki wprowadzeniu wątku aktualnego, ale to mało, wątku politycznego, ba, wojennego... właściwie ten wątek jest tu konieczny. Dlaczego? Ot, choćby dlatego, że szkoła, o której wspomnienia spisuje Beśka, to szkoła wojskowa, a absolwenci nie przekroczyli jeszcze czterdziestki i z czynną służbą wojskową mogą być związani właśnie jako absolwenci liceum wojskowego... Irak, Afganistan... wojna... reforma armii... wojo... Przełamał więc Beśka schemat powieści autobiograficznej aromatem political fiction, powieści sensacyjnej, powieści wojennej... Ale takie połączenie nie tylko jest konieczną konsekwencją losów powieściowych postaci - jest konsekwencją pisarskich wyborów Beśki, który lubi przyglądać się naszym czasom, śmiać się, choć czasami to śmiech przez łzy i zadumać się jednocześnie, ale przede wszystkim lubi tworzyć obrazy pełne szczegółów, drobiazgów, wydarzeń spiętrzających się, ale przy tym toczących się gładko. I dlatego czytałem powoli. Czytałem powoli, bo Beśka pozwolił mi na taki rodzaj lektury. (...) całość na:
http://minimalbooks.blox.pl/2010/03/PIOTR-SIWECKI-KRZYSZTOF-BESKA-OPOWIADA.html

2010-02-03

Praca skończona...

Czy na te mury patrzył także młody Mikołaj Kopernik? – zastanawiał się Tomasz Kuhn. Z pewnością tak. Pytanie, na które od kilku dni szukają odpowiedzi, brzmi jednak inaczej: czy jest możliwe, że astronom był tu na krótko przed śmiercią, a jeżeli tak, jaki kolejny ślad zostawił. Ślad prowadzący do... No tak, nawet tego nie wiedzieli. Wszystko zatem równie dobrze mogło być wynikiem działań ich fantazji, urojeń, gdybań, efektem za dużej ilości przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Ale może właśnie o to chodziło? Myśli Tomasza zaczęły się zapętlać, gonić własny ogon. Miał coraz większe problemy z ich opanowaniem. (...)

Były tu jeszcze dwa inne zabytki związane z astronomem. W kaplicy Zaśnięcia Marii Panny, zwanej właśnie Kaplicą Kopernika, znajdowała się gotycka chrzcielnica z pierwszej połowy XIV wieku, w której prawdopodobnie ochrzczono małego Mikołaja, a także rzeźbione popiersie z 1766 roku. To ostatnie zdecydowanie odpadało, ze względu na wiek. A zatem chrzcielnica!

Kaplica Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny znajdowała się w nawie południowej kościoła. Kuhn znalazł ją bez trudu. Zastał przy niej zresztą pozostałych członków swojej ekipy.

– Myślimy podobnie – ocenił szybko.

– Tylko czy prawidłowo – bąknęła Lauder.

Pochylili się jak na komendę nad wykonanym z brązu naczyniem, umiejscowionym na rzeźbionym postumencie. Ogromna misa miała barwę zieloną, tu i ówdzie prześwitywał kolor brązowy, zaś znajdujące się na zwieńczeniu grupa późnobarokowych rzeźb, składających się na scenę Chrztu Chrystusa, mieniła się zielenią i czerwienią.

– Gwiazdozbiór Wodnika? – rzucił Kuhn, patrząc na pozostałych w oczekiwaniu na pomoc. – Chrzcielnica, woda...

– Wodnik, wbrew pozorom, nie jest znakiem wody – zauważyła Monika. – Znakami wodnymi są Rak, Skorpion i Ryby.

– Ryby były w Lidzbarku – podchwycił Kuhn. – Pamiętasz, że mieliśmy sprawdzić, co łączy Ryby i Strzelca.

Monika Lauder w odpowiedzi zaszeleściła kartką.

– Sprawdziłam. Znaki Zodiaku, prócz czterech żywiołów, dzielimy też na kardynalne, stałe i zmienne. Ryby i Strzelec, wraz z Panną i Bliźniętami należą do znaków kardynalnych.

– Panna i Bliźnięta – powtórzył dziennikarz, ogarniając wzrokiem chrzcielnicę.

Antropolożka westchnęła ciężko, znów szeleszcząc papierem.

– Tu jest napisane, że chrzcielnica pochodzi z przełomu XIII i XIV wieku, ale jej zwieńczenie wykonano prawdopodobnie dopiero w latach 1720–1730...

– Czyli znów pudło...

2010-01-21

Mój prywatny Sąd Ostateczny

Najnowsza książka Daniela Koziarskiego składa się z trzech historii ludzi, którzy stają w obliczu życiowego przełomu. Śmiertelnie chora adwokat porządkuje swoje życie. Młody człowiek, który zawsze grał rolę statysty (dosłownie, bo w filmach), dostaje szansę od losu (naprawdę, w życiu). Przy okazji odkrywa swoją seksualną tożsamość. W trzeciej części starszy już wiekiem taksówkarz mści się na ludziach, którzy doprowadzili do samobójstwa jego córkę. Powieść ta, doskonałe studium ludzkich charakterów, opowiada o determinacji, sile psychiki i życiowych woltach, codziennie wymuszanych na nas przez los. No i krzepi! Papierski, taksówkarz, dla jednych bezwzględny morderca, dla drugich szlachetny mściciel. I chyba jestem w tej drugiej grupie. Gość metodycznie, po kolei, zabija. A ty, czytelniku, zaciskasz kciuki, żeby... mu się udało! Żeby nie wpadł. Dawno nie czytałem takiej książki, nie oglądałem podobnego filmu o kimś, kto konsekwentnie idzie za ciosem, czyści swoje otoczenie z mętów. Noga ci się niemal wyrywa, żeby kopnąć w dupę jednego z drugim, zanim uczyni to Papierski. Podobnie w drugiej noweli, gdzie poznajemy Krzysztofa, który jako statysta obraca się w otoczeniu celebrytów. I znów strzał w dychę, bo opisani przez Koziarskiego sławni i bogaci to ci sami sławni i bogaci, których w swojej codziennej orce spotykam ja. Buce próby najwyźszej, megalomani, często degeneraci i dewianci, ludzie, od których oczekujemy mądrości autorytetu, a którzy używają mózgu tylko do liczenia kasy i do tego, żeby się nie pomylić, gdy reżyser na planie zdjęciowym serialu każe przejść z punktu A do punktu B. A cały show biznes, jak pisze autor, to tylko system wzajemnych zależności. I wreszcie pierwsza część, o której napiszę najmniej. Bo dawno ktoś tak nie pisał o śmierci, że aż się zimno robiło i coś łapało za gardło. Sięgajcie zatem po Mój prywatny Sąd Ostateczny, który oczyszcza jak mantra. I nie patrzcie na okładkę; mnie kiedyś przeraziła, teraz ją polubiłem.

2010-01-14

Refleksje na marginesie korespondencji

Nie przejdzie! Nie napiszę i nie wydam broszury dla półmózgów z cyklu "zabili go i uciekł". Nie będę pisał pod nikogo – ani pod debili, ani pod inteligencję. Piszę tak, jak mi doświadczenie i wiedza autora trzech powieści podpowiadają. Na kartach tej książki występują żywi ludzie, którzy nie tylko biegają z bronią, ścigają się samochodami i motorówkami, dają i biorą po mordzie, ale też myślą – także o sprawach tak codziennych i banalnych jak żarcie. Gdyby Tołstoj chciał, mógłby kazać hrabiemu Wrońskiemu przelecieć Annę Kareninę, jeszcze zanim wyszła z pociągu, na stronie 10, a rzucić jej się pod pociąg na stronie 50. I koniec pieśni, a grabarz łopatą w dupę klepie. Ale widać chciał coś jeszcze powiedzieć o ludziach i Rosji. Ja piszę o współczesnej Polsce, a także jej historii. To tła wydarzeń, a te biegną raz szybciej, raz wolniej. Akcja książki nie dzieje się w jakimś bliżej nie określonym miejscu tylko tam, gdzie się dzieje: na Warmii, Żuławach, Wybrzeżu Gdańskim – starych Prusach, Wschodnich i Zachodnich. To taki nasz Bliski Wschód. Bliższy. Zaraz wybuchnie. Czuję to...

2010-01-12

Marina

Recenzje, które napisałem do lutowego i marcowego numeru “Bluszcza”, ośmieliły mnie nieco. I nie chodzi o to, żeby oceniać, a zachęcać. Poziom czytelnictwa jest bowiem wciąż tak niski, że nie można inaczej. Nie mogę jednak nie przestrzec przed pewną pozycją. Carlos Ruiz Zafon, Hiszpan, autor Cienia wiatru i Gry anioła. Teraz powrócił na polski rynek powieścią Marina. Pojawienie się okładki w wytrynie Empiku pod koniec ubiegłego roku spowodowało u mnie żywsze bicie serca. Do myślenia nie dała nawet dwa razy mniejsza objętość pozycji. Od razu rzuciłem się na Marinę i... no właśnie. Lata 80. Bohater książki, 15-letni Oscar, wychowuje się w internacie. Pewnego dnia w jednym z zaniedbanych domów w sąsiedztwe poznaje tytułową Marinę, niemal rówieśnicę. Para zaczyna pełne niebezpieczeństw peregrynacje po ulicach, domach, cmentarzach, ale i podziemiach Barcelony – magicznego miasta, znanego z dwóch wcześniejszych powieści Zafona. Wraz z parą poznajemy niesamowitą historię niejakiego Kolvenika. I wszystko by było w porządku, histpria całkiem ciekawa i zajmująca, gdyby nie język. Koszmarny. Język z pamiętnika nastolatki, najeżony wręcz przymiotnikami i porównaniami z zeszytu do języka ojczystego średnio rozgarniętego ucznia gimnazjum! Rozumiem, że bohaterem-narratorem jest młody chłopak, ale stylizacja ma przecież swoje granice. Oscar ma się za niemal dorosłego, mikrobusa. Trochę podobnie irytował bohater Madame – wszystkowiedzący buc z Żoliborza, choć Liberze udało się mimo to stworzyć powieść bardzo dobrą. Jedynych kilka chwil oddechu w Marinie dają tu partie narracyjne innych osób. Wtedy wraca stary dobry Zafon. Nie wiem, gdzie szukać problemu. Może to być też kwestia tłumaczenia... Carlos Ruiz Zafon napisał Marinę w wieku 30 lat i sam we wstępie do książki przyznaje się, że jest to jego ulubiona powieść, którą darzy niezwykłym sentymentem. Według mnie to tylko nędzne, niewprawne próby prozatorskie, nieudane dzieło pisane na kolanie, które nie jest kwitem z pralni z podpisem Zafona, więc wydawnictwo Muza postanowiła namuchać ją sztucznie (vide: skład!) i wcisnąć czytelnikom w nadziei, że ci rzucą się na nie, żądni przeżyć, które dały im dwie wcześniejsze książki. I udało się, niestety, choć nie ma wątpliwości, że to wtopa. I w sumie dobrze, że taka krótka to książka. Mniej się trzeba było męczyć.

2010-01-04

Męska i mięsista

Pisze Daniel Koziarski w Przystani Literackiej: (...) Uczniowski świat, może jeszcze nieskoszarowany, ale już poddany surowym rygorom i dyscyplinie, zostaje w Fabryce frajerów odmalowany bardzo szczegółowo – w tym szaleństwie braku selekcji kryje się wyraźnie autorska metoda. Mimo swojej naiwności, bohaterowie Beśki nie stanowią surowego, grubo ciosanego materiału na przyszłych żołnierzy – wiedzą, że ich młodość nie może wyrażać się w oportunizmie, potrafią krytycznie oceniać rzeczywistość i nie mają oporów, by ujawniać swoje uczucia, ambicje i wątpliwości. (...) Świetnie napisana, wciągająca, męska i mięsista proza; przyprawiona dużą nutą nostalgii rzecz o ulotności czasu i pięknie złudzeń.
całość na: http://www.przystan-literacka.pl/index.php?show=2868

2009-12-22

Jak to na wojence ładnie...

Pisze dr Bernadetta Darska: "(...) Chaos, który wyraźnie dominuje w miejscu, które szczyci się panującą tu dyscypliną, to czytelna sugestia, iż schyłkowy okres PRL-u znajduje także swoje odbicie w morale przyszłych wojskowych. Inicjacja w dorosłość jest więc tu także zapowiedzią inicjacji w demokrację. Że i z dorosłością, i z demokracją nie ma żartów, nie trzeba nikogo przekonywać. Portretowani przez Beśkę chłopcy szybko się o tym przekonują, odkrywając, że marzenia i to, co z nich pozostaje, często mają ze sobą niewiele wspólnego. Tytułowi frajerzy to absolwenci liceum. Ci, którzy dali się ulepić wojskowemu drylowi, w nowym systemie będą mieli problemy z odnalezieniem się, ci zaś, którzy oparli się szkolnym naukom, również nie staną po stronie wygranych w rzeczywistości, która ma dopiero nadejść. W efekcie liceum wojskowe staje się rodzajem stygmatu także w dorosłym życiu. Autor nie każe swojemu narratorowi zajmować wyeksponowanych pozycji, oddaje głos grupie, bo to ona jest tutaj najważniejsza. Symbolizuje pokolenie. Główny bohater usuwa się na dalszy plan, choć jednocześnie dzięki wiedzy i pamięci gwarantuje zaistnienie opowieści. (...)" całość na:

http://bernadettadarska.blog.onet.pl/Jak-to-na-wojence-ladnie-K-Bes,2,ID396533810,n

2009-12-17

Prosto z frontu

Pisze Dawid Kornaga: "Nie jest to powtórka z Miasta i psów Llosy; Beśka operuje inną temperaturą narracji i klimatem fabuły, by wiernie, bez udziwnień przybliżyć czytelnikom cztery lata w miejscu, w którym uczyli się i swawoli juniorzy polskiego oręża. Wielu z nich później faktycznie zostało wojskowymi, sam autor „nie podołał”, ale za to napisał tematyczną książkę, prosto z frontu. Jeśli wszystkie epizody, zawarte w Fabryce, są prawdziwe (a pewnie są) to naprawdę na podziw zasługuje precyzyjna pamięć autora. Tym trudniejsze obrał sobie zadanie, że zamiast skupić się na swojej osobie, „byłem, zrobiłem”, pod lupę wybrał kolektywnego bohatera – swoich szkolnych kolegów. Ujawnia się tylko czasem i te wyznania zdają się być bardzo szczere: relacje z kobietami czy powody, dla których nie zdecydował się na karierę oficera. O ile w swoich dotychczasowych książkach Beśka punktował ciemne strony nastawionej na konsumpcjonizm rzeczywistości, w Fabryce rozliczył się z samym sobą...
całość na:
http://kornaga.blogspot.com/2009/12/fabryka.html

2009-12-14

Na rozkaz

Pisze Izabela Mikrut: "Gloryfikacja przeszłości? Bildungsroman? Zbiór anegdot, zespolonych sprawną narracją w jedną całość? Powieść Fabryka frajerów Krzysztofa Beśki nie daje się łatwo zaklasyfikować, chociaż z pozoru nie należy do lektur trudnych. Oscyluje jednak między beletrystyką a literaturą rozrachunkową, przesiąknięta jest – poza lekko sentymentalnymi wynurzeniami – także ostrą oceną dawnych czasów. Na pytanie po co Krzysztof Beśka nie udziela jednoznacznej odpowiedzi. Tym lepiej, szereg niewyszukanych rozwiązań niespodziewanie otwiera przed czytelnikami nowe możliwości interpretacji. Znakomite czytadło zyskuje przez to głębię. Do liceum wojskowego (które przygotowuje uczniów do kontynuowania nauki w wyższym szkolnictwie wojskowym) zapisują się chłopcy spragnieni przygody, samodzielności (mieszkać trzeba przecież w internacie) i swobód. Szkoła wojskowa zapewnia na pozór wszystko to, co urzeka nastolatków – jak się jednak okaże, pełna jest również absurdalnych rozkazów, bezsensownych przepisów i głupoty. U schyłku lat 80. XX wieku placówka ta przypomina siedlisko najbardziej idiotycznych pomysłów rodem z M.A.S.H.a, „Paragrafu 22” czy historii Szwejka w wersji młodzieżowej (chociaż Krzysztof Beśka nie tworzy w konwencji literatury czwartej, współczesne publikacje z tego zakresu przewyższają Fabrykę frajerów pod względem poziomu brutalności)... Całość na:
http://tu-czytam.blogspot.com/2009/11/na-rozkaz.html