
2010-04-26
Jeszcze o Wrzawie

2010-04-22
Nominacja do Wawrzynu
.jpeg)
2010-04-20
2010-03-15
Nie będę płynął z prądem

Daniel Koziarski pyta, Krzysztof Beśka odpowiada:
Czy pisząc "Fabrykę frajerów" nie miałeś w sobie obaw, że polski rynek książki jest zdecydowanie nieżyczliwie nastawiony do tego typu chłopięco-męskiej prozy? Że stosując pewną typologię - czytelnik, który jeszcze naście czy dwadzieścia parę lat temu pochłaniałby "Fabrykę" z zachwytem i wypiekami, jest teraz zapalonym graczem i niewybrednym konsumentem filmów?
Książka jest swoistą spłatą długu wobec tamtych ludzi, uczniów i profesorów. Prawie nikt już dzisiaj nie pamięta, że takie szkoły w ogóle istniały. Jeśli jakieś grono koleżanek i kolegów spotka się na Naszej Klasie, a potem skrzyknie się na jakieś spotkanie, to w większości przypadków ma się gdzie spotkać. Ich szkoły stoją nadal. Mojej nie ma. Zasypano piachem, chłop przyklepał łopatą. Otrzymałem wiele sygnałów, podziękowań od bohaterów tej książki i ich bliskich, bo przywołałem wspomnienia. Ktoś powie: to za mało, za wąska grupa odbiorców, to tylko wspominkarstwo. Otóż nie: to również kawał zajmującej prozy, wierny obraz lat 80. i historia dojrzewania całego pokolenia. Nad "Madame" Libery wszyscy piali z zachwytu, a przecież to też tylko szkolna historia, w dodatku z wyjątkowo irytującym, bo wszystkowiedzącym bohaterem, takim omnibusem z Żoliborza. Nie będę płynął z prądem i wierzę, że "Fabryka..." jest w stanie oderwać ludzi od komputera czy telewizora. I nie tylko dlatego, że w telewizji zagłusza się wulgaryzmy, a w książce nie.
całość na: http://www.przystan-literacka.pl/index.php?show=2950
2010-03-08
Przypomniałem sobie...

2010-03-04
2010-02-24
2010-02-03
Praca skończona...

Czy na te mury patrzył także młody Mikołaj Kopernik? – zastanawiał się Tomasz Kuhn. Z pewnością tak. Pytanie, na które od kilku dni szukają odpowiedzi, brzmi jednak inaczej: czy jest możliwe, że astronom był tu na krótko przed śmiercią, a jeżeli tak, jaki kolejny ślad zostawił. Ślad prowadzący do... No tak, nawet tego nie wiedzieli. Wszystko zatem równie dobrze mogło być wynikiem działań ich fantazji, urojeń, gdybań, efektem za dużej ilości przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Ale może właśnie o to chodziło? Myśli Tomasza zaczęły się zapętlać, gonić własny ogon. Miał coraz większe problemy z ich opanowaniem. (...)
Były tu jeszcze dwa inne zabytki związane z astronomem. W kaplicy Zaśnięcia Marii Panny, zwanej właśnie Kaplicą Kopernika, znajdowała się gotycka chrzcielnica z pierwszej połowy XIV wieku, w której prawdopodobnie ochrzczono małego Mikołaja, a także rzeźbione popiersie z 1766 roku. To ostatnie zdecydowanie odpadało, ze względu na wiek. A zatem chrzcielnica!
Kaplica Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny znajdowała się w nawie południowej kościoła. Kuhn znalazł ją bez trudu. Zastał przy niej zresztą pozostałych członków swojej ekipy.
– Myślimy podobnie – ocenił szybko.
– Tylko czy prawidłowo – bąknęła Lauder.
Pochylili się jak na komendę nad wykonanym z brązu naczyniem, umiejscowionym na rzeźbionym postumencie. Ogromna misa miała barwę zieloną, tu i ówdzie prześwitywał kolor brązowy, zaś znajdujące się na zwieńczeniu grupa późnobarokowych rzeźb, składających się na scenę Chrztu Chrystusa, mieniła się zielenią i czerwienią.
– Gwiazdozbiór Wodnika? – rzucił Kuhn, patrząc na pozostałych w oczekiwaniu na pomoc. – Chrzcielnica, woda...
– Wodnik, wbrew pozorom, nie jest znakiem wody – zauważyła Monika. – Znakami wodnymi są Rak, Skorpion i Ryby.
– Ryby były w Lidzbarku – podchwycił Kuhn. – Pamiętasz, że mieliśmy sprawdzić, co łączy Ryby i Strzelca.
Monika Lauder w odpowiedzi zaszeleściła kartką.
– Sprawdziłam. Znaki Zodiaku, prócz czterech żywiołów, dzielimy też na kardynalne, stałe i zmienne. Ryby i Strzelec, wraz z Panną i Bliźniętami należą do znaków kardynalnych.
– Panna i Bliźnięta – powtórzył dziennikarz, ogarniając wzrokiem chrzcielnicę.
Antropolożka westchnęła ciężko, znów szeleszcząc papierem.
– Tu jest napisane, że chrzcielnica pochodzi z przełomu XIII i XIV wieku, ale jej zwieńczenie wykonano prawdopodobnie dopiero w latach 1720–1730...
– Czyli znów pudło...
2010-01-29
2010-01-27
2010-01-21
Mój prywatny Sąd Ostateczny

2010-01-14
Refleksje na marginesie korespondencji

Nie przejdzie! Nie napiszę i nie wydam broszury dla półmózgów z cyklu "zabili go i uciekł". Nie będę pisał pod nikogo – ani pod debili, ani pod inteligencję. Piszę tak, jak mi doświadczenie i wiedza autora trzech powieści podpowiadają. Na kartach tej książki występują żywi ludzie, którzy nie tylko biegają z bronią, ścigają się samochodami i motorówkami, dają i biorą po mordzie, ale też myślą – także o sprawach tak codziennych i banalnych jak żarcie. Gdyby Tołstoj chciał, mógłby kazać hrabiemu Wrońskiemu przelecieć Annę Kareninę, jeszcze zanim wyszła z pociągu, na stronie 10, a rzucić jej się pod pociąg na stronie 50. I koniec pieśni, a grabarz łopatą w dupę klepie. Ale widać chciał coś jeszcze powiedzieć o ludziach i Rosji. Ja piszę o współczesnej Polsce, a także jej historii. To tła wydarzeń, a te biegną raz szybciej, raz wolniej. Akcja książki nie dzieje się w jakimś bliżej nie określonym miejscu tylko tam, gdzie się dzieje: na Warmii, Żuławach, Wybrzeżu Gdańskim – starych Prusach, Wschodnich i Zachodnich. To taki nasz Bliski Wschód. Bliższy. Zaraz wybuchnie. Czuję to...
2010-01-12
Marina

Recenzje, które napisałem do lutowego i marcowego numeru “Bluszcza”, ośmieliły mnie nieco. I nie chodzi o to, żeby oceniać, a zachęcać. Poziom czytelnictwa jest bowiem wciąż tak niski, że nie można inaczej. Nie mogę jednak nie przestrzec przed pewną pozycją. Carlos Ruiz Zafon, Hiszpan, autor Cienia wiatru i Gry anioła. Teraz powrócił na polski rynek powieścią Marina. Pojawienie się okładki w wytrynie Empiku pod koniec ubiegłego roku spowodowało u mnie żywsze bicie serca. Do myślenia nie dała nawet dwa razy mniejsza objętość pozycji. Od razu rzuciłem się na Marinę i... no właśnie. Lata 80. Bohater książki, 15-letni Oscar, wychowuje się w internacie. Pewnego dnia w jednym z zaniedbanych domów w sąsiedztwe poznaje tytułową Marinę, niemal rówieśnicę. Para zaczyna pełne niebezpieczeństw peregrynacje po ulicach, domach, cmentarzach, ale i podziemiach Barcelony – magicznego miasta, znanego z dwóch wcześniejszych powieści Zafona. Wraz z parą poznajemy niesamowitą historię niejakiego Kolvenika. I wszystko by było w porządku, histpria całkiem ciekawa i zajmująca, gdyby nie język. Koszmarny. Język z pamiętnika nastolatki, najeżony wręcz przymiotnikami i porównaniami z zeszytu do języka ojczystego średnio rozgarniętego ucznia gimnazjum! Rozumiem, że bohaterem-narratorem jest młody chłopak, ale stylizacja ma przecież swoje granice. Oscar ma się za niemal dorosłego, mikrobusa. Trochę podobnie irytował bohater Madame – wszystkowiedzący buc z Żoliborza, choć Liberze udało się mimo to stworzyć powieść bardzo dobrą. Jedynych kilka chwil oddechu w Marinie dają tu partie narracyjne innych osób. Wtedy wraca stary dobry Zafon. Nie wiem, gdzie szukać problemu. Może to być też kwestia tłumaczenia... Carlos Ruiz Zafon napisał Marinę w wieku 30 lat i sam we wstępie do książki przyznaje się, że jest to jego ulubiona powieść, którą darzy niezwykłym sentymentem. Według mnie to tylko nędzne, niewprawne próby prozatorskie, nieudane dzieło pisane na kolanie, które nie jest kwitem z pralni z podpisem Zafona, więc wydawnictwo Muza postanowiła namuchać ją sztucznie (vide: skład!) i wcisnąć czytelnikom w nadziei, że ci rzucą się na nie, żądni przeżyć, które dały im dwie wcześniejsze książki. I udało się, niestety, choć nie ma wątpliwości, że to wtopa. I w sumie dobrze, że taka krótka to książka. Mniej się trzeba było męczyć.
2010-01-05
2010-01-04
Męska i mięsista

2009-12-22
Jak to na wojence ładnie...

2009-12-17
Prosto z frontu

2009-12-14
Na rozkaz

2009-12-08
2009-11-28
Na ustawkę
Pisze Magda Kuszewska na stronie ladysmart.pl :2009-11-23
Bez martyrologii

2009-11-19
Głosy z Północy

Informacje Kulturalne na TVP Olsztyn pokazują książkę, ale, co o wiele ważniejsze, spod samej granicy odzywa się głos Wojtka: "Gratuluję, Krzychu! Właśnie przeczytałem. Polecam tym, którzy jeszcze nie. Oczywiście żaden z nas nie może ocenić tej ksiązki obiektywnie, jak to już trafnie ujął Steelman. Ja czytając ją, jeszcze raz przeniosłem się za mury naszej kochanej szkoły, wspomnienia odżyły. Tego oczekiwałem i to dostałem. Dzięki. Tak na marginesie chciałbym dodać, że bardzo sprytnie wprowadziłeś wątek z Piotrem. "Skleiłeś" całość i była akcja, dzięki czemu książka spokojnie może być zdresowana do szerszego grona. Życzę dodruków". Dla porządku pozwolę sobie przytoczyć i wcześniejsze zdanie Steelmana: "Trochę się obawiam tego zakupu. I nie chodzi o to, ze mógłbym tam znaleźć obraz siebie, z którym się nie zgadzam albo zgoła prawdziwy, ale taki, którego nie chciałbym pokazywać. Już dawno zauważyłem, że B. (i nie tylko on) pamięta dużo więcej ode mnie. Może zwyczajnie mi komórki obumierają, a Wasze się trzymają – nie wiem, ale denerwuje mnie to. Rzecz w tym, że ile bym z Liceum nie pamiętał, to chyba jednak inaczej; nie mam tego zapamiętanego tak "mądrze i świadomie". Ten cudzysłów to nie ironia tylko podkreślenie, że pamiętam to inaczej, zwyczajniej, może mniej "dorośle", ale może i bardziej wspaniale? A z drugiej strony, gdybym to zostawił bez cudzysłowu, to by dopiero pachniało ironią. W każdym razie, podsumowując tylko po fragmentach, myślę, że swoich wspomnień z np. apelu, obiadu, srania czy czego tam jeszcze chyba bym tak nie rozciągnął i w takie przemyślenia nie ubrał. Ale może to potrzeba wydawcy? Może wynik faktycznej innej świadomości, innych żali, radości? Tak czy tak – nie znam i nie krytykuję. Pewnie nawet, kiedy już kupię i przeczytam, też nie będę krytykować, nawet jeśli to czy owo mi nie podejdzie. Wydał książkę (o NAS!) i zajebiście jest! Kolega żyje, działa i tylko się cieszyć".
2009-11-13
Pozbawieni złudzeń

Pisze Łukasz Perzyna w “Tygodniku Solidarność”: “Patriotyzm Polaków, wbrew wielu prognozom, nie odchodzi w przeszłość. kończy się za to – co naturalne w zjednoczonej Europie – jego tradycyjna wersja, związana z mundurem, kultem wojska i służby. Pisarz młodego pokolenia, 37-letni Krzysztof Beśka, opisuje w najnowszej powieści Fabryka frajerów proces pozbawiania wszelkich heroicznych złudzeń młodych ludzi, którzy u schyłku PRL trafiają do liceum wojskowego. – W Olsztynie, gdzie gdzie dzieje się akcja mojej powieści, chociaż nazwa miasta ani razu w niej nie pada, teraz nie ma już ani jednego żołnierza. Garnizon zlikwidowano, została tylko wojskowa komenda uzupełnień z urzędnikami – opowiada Krzysztof Beśka. – A jeszcze niedawno na każdym kroku mijało się tam ludzi w mundurach. Co dalej z patriotyzmem – zastanawia się pisarz. – Czujemy się lepsi, gdy na podium staje Małysz, wygrywają piłkarze, choć ostatnio oni zawodzili, a sprawdzali się raczej siatkarze czy szczypiorniści. Ale na co dzień jest z tym odrobinę gorzej. Wiele zależy jednak o tego, czy odwiedzając w weekend rodzinę w naszym dawnym mieście, pójdziemy na zakupy do kolegi ze szkoły, który tam pozostał i założył mały sklepik na rogu. Czy wybierzemy raczej market zagranicznej sieci, gdzie właściciel pomiata polskimi pracownikami. To nasz wybór – podkreśla pisarz Krzysztof Beśka. I dodaje: – Patriotą jest się podczas wojny, a w czasie pokoju obywatelem...”
2009-10-29
Na zachętę i w reakcji na fragment

Wydawca:
Nie zna życia, kto nie służył w... marynarce, chciałoby się dopowiedzieć, ale akcja książki Krzysztofa Beśki Fabryka frajerów, która dzieje się w liceum wojskowym u samego schyłku PRL-u, nie ma wiele wspólnego z okrętami (ale czołgi są, jakby kto pytał). Fragment zamieszczałem tu na blogu już dawno temu, teraz poraz zapowiedzieć gotową książkę, która za kilka dni trafi do księgarni. Fabryka… to opowieść o dorastaniu, o końcu PRL i początku nowej epoki, ale przede wszystkim - wciągająca lektura. Bardzo polecam (...) raczej panom niż paniom.
Absolwent Krzysztof, matura 92:
Czytając fragment o przywracaniu życia zwierzętom, przypomniałem sobie, jak jeden z naszych kolegów (nazwiska nie przytoczę) podczas jedzenia wspomnianej kiełbasy, znalazł w jej środku mysz, odkroił ten kawałek z myszą i resztę zjadł. Swoją drogą, to każdy z nas ma trochę inne wspomnienia; gdyby każdy napisał takie wspomnienia, to nie wiem, czy postronna osoba czytająca te opowieści zorientowałaby się, że o tym samym.
Absolwent Tomasz, matura 91:
Pięknie powspominać. Ciekawe, że to, co kiedyś czasami nas wkurzało lub było nie do zniesienia, dziś jest miłym i zarazem fantastycznym wspomnieniem. Malo tego. Chętnie bym powrócił w tamte latka i świetną przygodę ,jaką było nasze kochane OLW. Pozdrawiam serdecznie. ps szkoda, że wielu zapomniało, puściło w niepamięć lub też pamiętać nie chce. Mam jednak nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkamy się w choćby małym gronie.
2009-10-28
Fabryka frajerów

2009-10-23
Się zbliża...

Podobno dodawali nam bromu do herbaty i kawy. Ale jakoś nikt nie chciał w to wierzyć. Nie zanotowano żadnych zaburzeń erekcji. A i kiedy wieźli nas na przykład samochodem ciężarowym na strzelnicę, my, zamiast grzecznie siedzieć na ławkach, zawijaliśmy plandekę, zwisaliśmy z burty ciężarówki i nie było dziewczyny, która przeszłaby ulicą na trasie naszego przejazdu, a nie zostałaby przez nas zauważona.
– Hej, lala! Bucik ci się przypala! – wrzeszczeliśmy jak banda Zulusów.
To było jedno z grzeczniejszych zawołań, jakimi obdarzaliśmy napotykane białogłowy. Nie znaczy to, że w bezpośrednim kontakcie bylibyśmy tacy sami. No, broń Boże! Tak po prostu działała adrenalina, a może coś innego, czego nazwać nie potrafiliśmy. Syndrom grupy samców, wygłodniałych choćby nawet widoku dziewczyny, która nie byłaby kucharką, pielęgniarką, wychowawczynią czy nauczycielką. W jednym z pokojów na naszym piętrze odbyły się na przykład zawody onanistów. Kto szybciej osiągnie upragniony cel. Rekord, który pobił zdaje się Jacek Traugutt rodem z Łomży, wynosił jakieś piętnaście sekund. To jeśli chodzi o szybkość, bo gdyby ktoś chciał zapytać o wytrzymałość, to takie mistrzostwa też miały miejsce.








